Pokusa podgladania AGATA BIELIK-ROBSON Zródło: Magazyn Kulturalny Tygodnika Powszechnego nr 6









Podglądanie, czyli głód rzeczywistości


Z jednej strony jest prawdą, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła; z drugiej jednak łamanie tej reguły od zawsze było motorem wszystkich istotnych odkryć natury egzystencjalnej. Bez ciekawości, bez zdziwienia, szoku, a więc i podglądania, człowiek nie może sam stać się tym, czym był od zawsze, istotą pasjonującą i niezwykłą: ciekawym zwierzęciem, animal fascinans.


Chciałabym postawić dwie tezy, z pozoru ze sobą sprzeczne. Pierwsza będzie w typie mądrości konserwatywnej, rodem z Księgi Koheleta. Podglądactwo? Nic nowego pod słońcem: od kiedy istnieje ludzkość, ten wyjątkowo wścibski gatunek, obserwowanie bliźnich, zwłaszcza wtedy, kiedy oddają się czynnościom intymnym, nieprzewidzianym dla sfery publicznej, to jedna z jej najsilniejszych namiętności. Podglądanie innych w sytuacjach, które filozofia określa jako graniczne – narodziny, miłość i śmierć – okazuje się potrzebą nieodpartą, zdradzaną już przez osobniki najmłodsze, co nieomylnie wskazuje na jej niezmienny, uparcie naturalny charakter.


FREUD: byt nieoswojony


To w końcu nie przypadek, że Zygmunt Freud właśnie z doświadczenia podglądactwa uczynił przeżycie centralne, wokół którego organizuje się psychika małego człowieka. Dziecko, wiedzione nieprzepartą ciekawością, prędzej czy później staje się świadkiem sceny miłości fizycznej między rodzicami, tak zwanej “sceny pierwotnej”: przygląda się jej zachłannie, chłonie wszystkimi zmysłami, ale jej nie rozumie. Scena ta pozostawia w nim wyraźny ślad, ale jest to ślad czysty zmysłowy: sens tego, co się wydarzyło, jego zrozumienie, przyjdzie znacznie później – niekiedy zbyt późno, by naprawić szkodę, jaką doświadczenie to, przerażające i dziwne, wywołało już w młodej duszy.


Ciekawość, mówi Freud, w gruncie rzeczy bardzo tradycyjny humanista, wiedzie małego człowieka na spotkanie rzeczywistości, na przyjęcie której nie jest on jeszcze przygotowany. Podglądając, wystawia się on na brutalny kontakt z bytem, który go szokuje i wymyka się jego zwykłemu pojmowaniu rzeczy. Podglądactwo jest więc zawsze powtórzeniem tej pierwotnej sytuacji, w której formują się zręby młodej duszy: przejawia się w nim pierwsza ciekawość, ciekawość z gruntu ambiwalentna – zarazem ukarana i nagrodzona. Ukarana, bo wyrywa ona dziecko z iluzji bezpieczeństwa, że oto żyje w świecie przewidywalnym i doskonale skrojonym do jego potrzeb; i nagrodzona, bo dzięki niemu może ono w ogóle odkryć, że istnieje coś takiego jak rzeczywistość, byt dziwny i niezrozumiały, niezależny od jego potrzeb, istniejący całkiem na zewnątrz.


Nazwisko Freuda pojawia się tu celowo: sfery sacrum i profanum nie są u niego wyraźnie oddzielone, dlatego też coś z pozoru równie nieprzyjemnego jak właśnie podglądactwo może ukazać się w jego teorii w innym świetle, wolnym od z góry przyjętych, nieprzychylnych wartościowań. Więcej jeszcze, u Freuda sfery sacrum i profanum nie tylko nie są rozdzielone, ale wręcz przenikają się nawzajem i warunkują: gdyby bowiem nie z pozoru najbardziej niska i paskudna z ludzkich przypadłości, jaką jest ciekawość podglądacza, nie otworzyłby się przed dojrzewającą psychiką świat taki, jaki naprawdę jest – groźny, niepojęty, transcendentny. Podglądactwo nie tylko zatem nie zasługuje na zupełne potępienie, ale wręcz domaga się, by uznać je za medium, dzięki któremu do człowieka dociera fragment bytu osobliwego i nieoswojonego: tego, który, jak mówi Freud, “wywiera wielkie wrażenie” i który dopiero zmusza nas do wysiłku poznania.


To nie przypadek zatem, że zwykle mamy ochotę podglądać to, czego nie rozumiemy, co przekracza granicę naszego pojmowania. Podglądamy dzieła Erosa i Thanatosa; podglądamy narodziny, miłość i śmierć. Podglądamy miejsca styku między światem, jaki znamy, a światem spoza, który tradycja nazywa obszarem metafizycznym. Podglądamy, ponieważ powoduje nami głód rzeczywistości, głód absolutnie ludzki, nieznany zwierzętom, całkowicie zadowolonym z przebywania w swojej oswojonej niszy. Akty podglądactwa są zarazem naganne i niezbędne; stanowią paradoksalny przedmiot wyraźnego zakazu i milczącego przyzwolenia. I tak jest od samego początku: od biblijnego zakazu bycia nadmiernie ciekawym, który – z góry to wiadomo – musi skończyć się przekroczeniem.


Rodzice zatem nie mają innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z tym, że dzieci, prędzej czy później, pomimo wszelkich upomnień, zdobędą wiedzę, która stanie się dla nich źródłem niepokoju i jeszcze większej ciekawości, ciekawości na całe życie, nie do zaspokojenia. Na polskich wsiach, na przykład, zakazuje się dzieciom oglądania porodu cielaków, źrebiąt i innych zwierząt hodowlanych, wiadomo jednak, że dzieci złamią ten zakaz i będą podglądać, uciekając się do wszystkich znajomych sobie wybiegów – nie ma to żadnej rady. Podobnie rzecz na się ze zgonami, których także dzieciom oglądać nie wolno, ale te zawsze znajdą sposób, by jakoś wyminąć dorosłych, zakraść się do kostnicy i “zobaczyć trupa”. Ten dziecięcy instynkt nie słabnie wraz z dorastaniem: tłumy gapiów, które gromadzą się przy wypadkach, bez względu na reguły etykiety nakazujących takt i dyskrecję, świadczą, że podpatrywanie zrządzeń losu przy pracy – obserwowanie wyższej rzeczywistości, kiedy daje byt i kiedy go odbiera – jest potrzebą nie do wykorzenienia. Niebezpieczną, ambiwalentną, opatrzoną tysiącem regulacji i zakazów – a mimo to konieczną.


“hiperrzeczywistość”


Nie powinniśmy się więc zanadto zżymać na podglądactwo. Podglądanie samo w sobie nie jest chorobą, choć może stać się patologiczne, jeśli nie towarzyszy mu kulturowe uzasadnienie, które powołuje się na ową wyższą rację, jaką jest nieodparta ciekawość tej odmiennej, głębszej rzeczywistości, niedostępnej innymi środkami.


Tu właśnie pojawia się miejsce na moją drugą tezę: na krytykę podglądactwa w społeczeństwie współczesnym, które odrzuciło wszelkie mitologiczne uzasadnienie “niezdrowej ciekawości”. Freud był prawdopodobnie ostatnim z wielkich kodyfikatorów naszej kultury, który potrafił nadać czynności podglądania sankcję metafizyczną, nawet jeśli język, jakim się w tym celu posłużył, wydawać się nam może jak najdalszy od intuicji religijnych. W zgodzie z mądrością Biblii, Freud uczynił z niezdrowej ciekawości centralny atrybut człowieczeństwa, dwuznaczny grzech, od którego wszystko to, co ludzkie, dopiero się zaczyna. Po Freudzie jednak nie pojawił się już nikt, kto potrafiłby w równie żywy sposób przetłumaczyć treści naszej tradycji religijnej na niespokojny, pozornie zeświecczony język nowoczesności.


Podglądactwo nadal jednak pełni tę samą funkcję co dawniej: nadal dostarcza człowiekowi – dziś mieszkańcowi globalnej wioski, przez pokaźną część swojego życia podłączonemu do przekaźników informacji, głównie zresztą wzrokowej – tego samego co zawsze: wglądu w byt, który wymyka się jego rozumieniu, nadal zaspokaja jego głód nagiej obcej rzeczywistości. Współcześni krytycy kultury masowej – tacy jak Ortega y Gasset, czy z drugiej strony, Jean Baudrillard – zgodnie wskazują na panującą w niej tendencję do odrealniania świata: do zastępowania rzeczywistych doświadczeń przeżyciami symulowanymi i zastępczymi, do podmieniania otaczającego nas bytu przez tak zwaną “hiperrzeczywistość”, która przedstawia realność tak doskonale i wyraziście, że w rezultacie wypiera ona nasz zwykły i codzienny Lebenswelt. Człowieka otacza dziś, mówi Baudrillard, mgławica symulakrów, a więc nie po prostu zwyczajnych bytów, których zwykł doświadczać za pomocą swoich pięciu zmysłów, lecz niezwykle wytrawnych podróbek, które zaludniają wirtualny świat mediów, dając mu poczucie rzeczywistości mocniejszej i prawdziwszej niż ta otaczająca.


W rezultacie przedstawienia rzeczy zaczynają górować nad rzeczami samymi; rzeczywistość zaczyna być mierzona wedle tego, czy pasuje do zadanego wzorca, a nie na odwrót, jakby tego chciała arystotelesowska tradycja, definiująca prawdę jako adequatio rei et intellectus, a więc stan, w którym to przedstawienia powinny pasować do rzeczy. Człowiek zanurzony w hiperrzeczywistości, w owej mgławicy symulakrów, ocenia więc swoje “realne” przeżycia wedle tego, czy przystają one do obrazów wypromowanych przez filmy, jakie ogląda; widzi siebie w lustrze przez pryzmat idealnych wizerunków wyzierających z wszędobylskich reklam; głosując w wyborach, przedkłada wyidealizowany medialny image polityka nad wiedzę o jego “realnych” poczynaniach. Poczucie realności rozchwiewa się u niego bezpowrotnie; inwazja obrazów, jakimi bombardują go media, przechwytuje jego rozumienie świata, zagarnia jego kontakt z bytem, przesuwa go w sferę ikonicznej fantazji.


kiepska taśma Wideo


W świecie, w którym relacja z tym, co naprawdę realne, zostaje zaburzona do takiego stopnia, pojawia się szczególnie dotkliwy głód rzeczywistości – a w konsekwencji tym silniej pojawia się potrzeba podglądania, oba te zjawiska są bowiem ze sobą nierozerwalnie powiązane. Obok wygładzonych, komputerowo przetworzonych obrazów, które są piękniejsze, wyrazistsze i pełniejsze niż rzeczywistość naszych ułomnych zmysłów, zaczynają wyłaniać się obrazy, których rola jest dokładnie odwrotna. Polega ona na pokazywaniu świata takim, jakim jest, bez obsłonek i fałszujących klisz. Oba typy obrazów płyną przez media dwoma, całkowicie obocznymi strumieniami.


W Wielkiej Brytanii, gdzie również pokazywany jest program “Big Brother”, który najpierw zrobił karierę w Holandii, emisja kolejnych odcinków “prawdziwego życia” przerywana jest reklamami, które wrzucają widza w alternatywny świat hiperrzeczywistości. Już sama ta forma emisji jest doskonałą zachętą dla oglądania “Wielkiego Brata”, który, jak wiadomo z powieści Orwella, jest najwyższym spełnieniem figury podglądactwa: im więcej bowiem wymuskanych ikon ze sfery hiperrzeczywistej, tym silniejszy u widza głód zobaczenia świata bez retuszu, w całej jego odrażającej chwale.


Z perspektywy speców od hiperrzeczywistości – autorów scenariuszy filmowych, reżyserów teledysków itp. – to, co dzieje się w “Wielkim Bracie”, nie ma żadnego sensu: dłużyzny, niekonkluzywne dialogi, niezrozumiałe zmiany nastroju, absurdalne zwroty sytuacji całkowicie urągają sztuce przedstawienia. I właśnie o to chodzi: jedni się kłócą, inni się kochają, ktoś idzie do łazienki, ktoś się rozbiera do snu, ktoś robi sobie grzanki w kuchni; statyczna kamera, kiepska taśma video; wszystko to razem wywołuje wrażenie autentyczności, którego tak bardzo spragniony jest podglądacz. Przykry paradoks polega oczywiście na tym, że został on oszukany: on nie podgląda, zaledwie pozwolono mu wyobrażać sobie, że oddaje się przyjemności podglądania. Potrzeba, której zaspokojenie wymagało niegdyś pewnej zapobiegliwości, dziś jest kolejnym pragnieniem skwapliwie spełnianym przez usłużne media. Kontakt z rzeczywistością jest tu bowiem tak samo pozorny jak w przypadku wirtualnej hiperrzeczywistości, tak samo zapośredniczony, tyle że sprytniej: przedstawienie ukrywa się w pozornej przeźroczystości.


ZBLIŻENIE NA KREW


“Wielki Brat”, zaprojektowany jako raj podglądaczy, jest więc szczególnie łatwy do zdemaskowania. Gorzej jest z obrazami, które również obliczone zostały na istnienie wśród widzów niezdrowej ciekawości, ale które ukrywają się wśród pozornie neutralnego przekazu news’ów. W telewizji brytyjskiej, a ostatnio coraz bardziej także i w polskiej, lwią część wiadomości zajmują relacje z miejsc wypadków, zabójstw i wszelkiego rodzaju malowniczych przestępstw. Kamera z pietyzmem zatrzymuje się na każdej plamie krwi, powiększa ją, pokazuje przez kilka sekund na ekranie; nie przepuści żadnemu okaleczeniu ofiar ataku terrorystycznego; wdziera się na sale szpitalne, nie oszczędzając prywatności rodzących i chorych; wdziera się do kostnic, żeby “pokazać trupa”. Symulując kontakt z sytuacjami granicznymi, zaspokaja w ten sposób fundamentalną ludzką potrzebę zajrzenia pod spód machiny życia: w jego ciemne wnętrze, skąd wszystko się wyłania i ku czemu wraca.


Byłoby dziwne, gdyby telewizja nie wykorzystała potrzeb podglądania, jakie rodzi typowo ludzka niezdrowa ciekawość. Niepokój budzi jednak fakt, że zaspokajając tę potrzebę w równie bezpośredni sposób, zdejmuje ona z podglądactwa piętno ambiwalencji, bez którego nie jest już ono tym, czym było dawniej, choćby jeszcze u Freuda. W tym bardziej tradycyjnym ujęciu (jak się okazuje, można być konserwatywnym także i w stosunku do podglądactwa!), dziecko – bo podglądanie jest przywilejem-przywarą przede wszystkim ciekawskich dzieci – musi samo wykazać się swoim “dziecięcym nieposłuszeństwem” i zobaczyć na własne oczy to, czego zobaczyć mu nie wolno, bo – jak słusznie argumentują rodzice – jest jeszcze za małe i nie zrozumie. Dziecko samo musi podjąć aktywność, by spełniła się przygoda podglądania.


Tymczasem dzisiejsze, oferowane przez media podglądactwo zastępcze jest przykładem obrzydliwego lenistwa, które, choć odlegle powodowane głodem odmiennej rzeczywistości, nie może mieć żadnej wartości poznawczej. Wartość tę, jak trafnie zauważył Freud, może mieć tylko głęboko intymna przygoda szokującego odkrycia, odsłaniająca małym podglądaczom zakazane rejony świata.


Z dwojga złego zatem wydaje się, że już lepiej byłoby, gdyby media ograniczyły się do prezentacji sztucznych rajów i wycofały się z symulowanego podglądactwa; gdyby wybrały spełnienie ludzkiej potrzeby fantazji, a nie zaspokajanie równie ludzkiego głodu rzeczywistości. Współczesne badania socjologiczne nad dziećmi wychowywanymi w przesyconej symulakrami kulturze Zachodu dobitnie pokazują, że ich ciekawość w stosunku do otaczającego ich świata, łącznie z osobami rodziców, dramatycznie spada. Dzieci, nasycone obrazami obu rodzajów – i tymi pięknymi, które oddziałują na ich wyobraźnię, i tymi szokującymi, które zaspokajają ich głód egzystencjalnych tajemnic – najwyraźniej utraciły ochotę do eksplorowania ich najbliższego otoczenia; ich ciekawość została ukojona, zanim się jeszcze narodziła. W pewnym sensie sprawiają one mniej kłopotu swoim wychowawcom; nie podpatrują, nie podsłuchują, nie podglądają przez dziurkę od klucza, nie wykradają sekretów z Drzewa Wiadomości, dostępnych tylko dorosłym. Koszt tej “pacyfikacji” dziecięcego nieposłuszeństwa jest jednak ogromny i już wkrótce kultura nasza padnie jego ofiarą. 


Z jednej strony bowiem to oczywiście prawda, że ciekawość, zwłaszcza niezdrowa, to pierwszy stopień do piekła – z drugiej jednak “dziecięce nieposłuszeństwo”, łamiące tę regułę, od zawsze było motorem wszystkich istotnych odkryć natury egzystencjalnej. Bez ciekawości, bez ambiwalencji w nią wpisanej, bez zdziwienia, szoku, a nawet traumy, która może się narodzić w kontakcie z podglądaną brutalną rzeczywistością, człowiek nie może sam stać się tym, czym był od zawsze, istotą pasjonującą i niezwykłą: ciekawym zwierzęciem, animal fascinans. W rezultacie staje się nudny, przewidywalny i ograniczony do świata, który na zapas spełnia wszystkie jego potrzeby, zabijając w nim najbardziej twórczy i witalny impuls – jego głód rzeczywistości.


Agata Bielik-Robson