Czy e-booki zmienia nam mozgi? Piotr Cieslinski Zródło: Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl

Czy e-booki zmienią nam mózgi?
...

Jeśli rację ma pionier rzeczywistości wirtualnej, to w przyszłości nie tylko nie będziemy czytać, ale także przestaniemy mówić



Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl


W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta w oryginale składa się z 1,5 mln słów i ponad czterech tysięcy stron. Gdyby swą powieść Proust pisał na Twitterze, zajęłaby dokładnie 68 tys. 636 komunikatów zwanych pieszczotliwie ćwierkaniami.

Ale prawdopodobnie nigdy by jej nie skończył, bo poza ćwierkaniem musiałby dzielić swój czas i uwagę między czytanie e-maili oraz komentarzy na Facebooku (gdzie może by wkleił lolkota i zmienił swój status na "mam superpomysł na nową powieść"). Nie mówiąc o tym, że na Twitterze nikt by tej powieści w całości nie przeczytał.

"W poszukiwaniu straconego czasu" zostało przeliczone na twitterowe ćwierkania przez dziennikarza tygodnika "New York", natknąłem się na to, błądząc po Google'u.

Nieprzypadkowo jednak od Prousta zaczynam tekst o tym, czy e-booki zmienią nam mózgi. Dla jednej z wybitnych badaczek tego tematu, neurolog Maryanne Wolf z Uniwersytetu Tufts w Bostonie, największą korzyść, jaką dotąd wynosiliśmy z lektur, najlepiej oddają właśnie słowa Prousta: "Nasza mądrość zaczyna się tam, gdzie kończy się mądrość autora".

Czytanie to polowanie

Umiejętność czytania nie jest wdrukowana w nasze mózgi. Nie rodzimy się z nią tak jak z gotowym oprogramowaniem do mówienia, w które na starcie wyposażyła nas natura. Nic dziwnego, bo nasze mózgi nie ewoluują szybko - mamy pod czaszką praktycznie ten sam organ co 40 tys. lat temu, gdy konkurowaliśmy z neandertalczykami o przestrzeń życiową. A wtedy książek nie było. Piśmienni jesteśmy od kilku tysięcy lat.

- Jest to na tyle nowa i złożona czynność, że nie ma swojego jednego miejsca w mózgu - mówi Maksymilian Bielecki, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Czytanie musi zaangażować neurony, które tysiące lat temu zajmowały się czymś innym - rozpoznawaniem kształtów (jakiś cień?), dźwięków (trzask gałęzi?), kojarzeniem faktów (uwaga, niebezpieczeństwo!). Te zdolności były nam potrzebne do przeżycia. Homo sapiens to gatunek drapieżców, a czytanie musiało się jakoś wpisać w tę naszą pierwotną naturę. I chyba się udało, bo któż z nas ostatnio nie pożarł książki albo nie polował na jedną z nich?

Mówiąc poważnie, czytanie jest możliwe tylko dzięki niezwykłej plastyczności mózgu, który potrafi - wskutek treningu, nauki, doświadczeń - w trakcie życia zmieniać swoją architekturę. To dotyczy nie tylko czytania. Londyńscy taksówkarze mają na przykład większy hipokamp - ośrodek odpowiedzialny za pamięć i analizę przestrzenną, bo stale go trenują, krążąc po uliczkach City.

A co różni mózgi czytających od analfabetów? Jedna bardzo istotna cecha - mają bardziej gęste spoidło wielkie, czyli kabel komunikacyjny łączący obie półkule mózgowe. To m.in. dowodzi, że u czytających więcej sygnałów biegnie tam i z powrotem, zmuszając mózg do utrzymywania łącza o większej przepustowości.

W skanerach fMRI podejrzano też, co się dzieje w mózgu podczas czytania. Najpierw informacja wzrokowa trafia do wzgórza, które jest "stacją przekaźnikową" naszego mózgu, a stamtąd do płatów potylicznych. Tam zachodzi analiza obrazu pod kątem koloru, formy, przestrzenności. Samo rozpoznanie kształtu to nie wszystko - potem zapalają się obszary odpowiedzialne za kojarzenie i zrozumienie, więc mniej więcej w ciągu 300 milisekund rozpoznajemy znaczenie czytanego słowa.

Ale na tym się nie kończy burza w morzu neuronów. Po kolejnych 100--200 milisekundach włączają się obwody zajmujące się wnioskowaniem, interpretacją, znajdowaniem kontekstu, krytyczną analizą i wreszcie pojawiają się nasze własne myśli, refleksje, które wykraczają daleko poza czytany tekst. I to jest właśnie, jak pisał Proust, ta "nasza mądrość, która zaczyna się tam, gdzie kończy się mądrość autora".

W tym miejscu zaczyna się też problem związany z nowymi elektronicznymi mediami.

Mianowicie dr Maryanne Wolf obawia się, że czytanie na ekranie komputera, iPada, czytnika e-booków nieuchronnie zmieni tę sieć szlaków i powiązań, która do tej pory umożliwiała głębsze skojarzenia. Zmieni na gorsze - tj. stanie się ona uboższa, bardziej powierzchowna. Zabraknie tych kluczowych milisekund głębokiej refleksji.

Nowe media są bowiem dynamiczne i niecierpliwe. Dr Bielecki: - W internecie inaczej korzystamy z informacji i inaczej je przyswajamy, prześlizgujemy się po treści w poszukiwaniu słów kluczy, dokonujemy błyskawicznej selekcji, bombarduje nas mnóstwo bodźców, które walczą o naszą uwagę.

Chmura jak studnia

Kiedy rozmawiam z dr. Bieleckim, na pasku mojego komputera miga informacja, że przyszły nowe maile. Kanał RSS donosi o rozbłysku na Słońcu, który posłał w stronę Ziemi chmurę plazmy i być może wzbudzi nad Polską zorze polarne. Na ekranie iPhone?a pojawił się SMS od syna, że wcześniej skończył lekcje i żebym sprawdził w internecie rozkład jazdy pociągów, a pasek Facebooka alarmuje, że ktoś coś skomentował na mojej tablicy.

I jak tu głęboko zatopić się w rozmowie, nie mówiąc o dłuższym czytaniu? Jedno z badań wykazało, że przy komputerze nie skupiamy się na jednej czynności dłużej niż trzy minuty, bo stale coś odwraca naszą uwagę, a do przerwanej pracy wracamy dopiero ponad 20 minut później. Typowy amerykański nastolatek (a jestem pewien, że badania w Polsce przyniosłyby podobny rezultat) na ekranie komputera ma otwartych średnio dziesięć różnych okienek i przeskakuje między nimi mniej więcej co 20 sekund.

Tak, to prawda, współczesny nastolatek radzi sobie z taką wielozadaniowością (multitasking) dużo lepiej niż ktoś w moim wieku, a pamiętam jeszcze ZX Spectrum (uwaga dla młodszych: możecie sobie wyguglać, co to było). Ale neurolodzy ostrzegają: nie ma czegoś takiego jak równoległe przetwarzanie informacji w mózgu. Kiedy na przykład kierujemy autem i jednocześnie rozmawiamy przez telefon, to mózg musi stale przełączać się z jednej czynności na drugą. To kosztuje - nie jesteśmy w stanie wykonywać żadnej z tych czynności efektywnie.

Nie ulega więc wątpliwości, że inny sposób czytania będzie budować nieco inną sieć powiązań w mózgu. Być może dr Wolf słusznie boi się, że będzie to sieć uboższa. Zresztą nie tylko z powodu informacyjnego ADHD nowych mediów.


Cyfrowe czytniki fizycznie różnią się od papierowej książki. Ta ostatnia zostawia chyba dużo silniejszy ślad pamięciowy - kojarzymy przestrzenny układ stron i lokalizację tych fragmentów, które nas poruszyły, wygląd obwoluty i okładki, może też zapach i fakturę papieru, szelest stron, ba, czasem pamiętamy nawet ciężar tomu. Każda książka jest w ten sposób inna. Tekst czytany w cyfrowym pliku wywołuje zaś pewien rodzaj efektu tunelowego - obejmujemy tylko pojedynczą stronę, akapit, a umyka nam całość lektury, nie wiemy, ku czemu ona zmierza, jaka jest jej struktura i rozmiar.

Wciąż pamiętam czytaną w dzieciństwie "Chatkę Puchatka", ale jej elektroniczna wersja na ekranie ma, hm, taki sam wygląd jak każdy inny plik PDF, może to być równie dobrze "Moby Dick", biografia Steve?a Jobsa czy lista zakupów lub szkolne wypracowanie. Oczywiście, mogę sobie teoretycznie zindywidualizować e-książkę (zmienić czcionkę, skąpać ekran w sepii etc.), ale kto ma na to czas?

Cyfrowa chmura, do której już niedługo trafią zeskanowane wszystkie książki i dokumenty świata, jest jakąś bezcielesną studnią bez dna. Nie ma zamkniętej i bogatej, pełnej znaczeń struktury jak tradycyjne księgozbiory, biblioteki, księgarnie. Przynajmniej na razie.

Inaczej, nie gorzej

Warto jednak przypomnieć, że kiedyś podnoszono lament z powodu tego, że ludzie zaczęli czytać. Platon martwił się, że pismo zastąpi myślenie, bo młodzi nie będą się wgłębiali w prawdziwe znaczenie i istotę słów, będą się łudzić, że skoro tylko potrafią coś odczytać, to już to rozumieją. Sokrates zaś narzekał, że pismo zabije ludzką pamięć. Ale, to paradoks, jego słowa przetrwały do dziś dzięki temu, że zostały zapisane.

Za wcześnie dziś prorokować, że nastąpi jakiś uwiąd kultury czytania. Dr Bielecki przypomina, że podobne obawy wiązały się przecież z pojawieniem się elektronicznych gier, które miały ogłupiać i zdemoralizować młodzież. Bardzo intensywni gracze rzeczywiście słabiej radzą sobie w szkole, są też badania sugerujące, że mogą być bardziej agresywni, jednocześnie jednak granie na komputerze rozwija ich postrzeganie, zdolności poznawcze, szybkość reakcji. - Badania pokazują, że na przykład dużo sprawniej przetwarzają informacje wzrokowe. Pozwala to np. stosować gry komputerowe do ćwiczenia wzroku starzejących się kierowców - mówi dr Bielecki.

Nowe pokolenie wychowane na nowych mediach będzie więc czytać inaczej. Czy gorzej? To wcale nie jest powiedziane.

Na pewno zmieni się relacja czytelnika z książką - przestanie być intymna, ale może nabierze wymiaru bardziej społecznego. Czytanie na ekranie komputera to jak siedzenie z gazetą przy stoliku w gwarnej tawernie z przyjaciółmi, gdzie co chwila ktoś komentuje i dzieli się tym, co właśnie przeczytał. To też ma swój urok.

Nowe media zmuszają do większej aktywności - podejmowania decyzji, selekcji, filtrowania informacji, po prostu zmuszają do działania. Bo inaczej utoniesz w zalewie tłumu znajomych na Facebooku, zginiesz pod stosem e-maili, nie dasz rady nadążyć za dyskusją na twoim ulubionym blogu. Musisz przynajmniej najechać kursorem i kliknąć, żeby obejrzeć wideoklip, który obejrzało już 50 mln ludzi na YouTubie i z pewnością jutro ktoś w szkole czy biurze cię o to zapyta.

I może najważniejsze: wszystkie badania pokazują, że dzięki internetowi dzieci uczą się czytać coraz łatwiej i z dużo większym zapałem niż kiedyś. Bycie w cyberprzestrzeni to już przymus kulturowy, a czytanie jest tam wciąż podstawowym środkiem komunikacji.

Pytanie tylko, jak długo tak będzie. Jeśli rację ma Jaron Lanier, pionier technologii, którą nazywa się "rzeczywistością wirtualną", to w przyszłości nie tylko nie będziemy czytać, ale także przestaniemy mówić.

Świat bez mowy

"Rzeczywistość wirtualna" to świat jak z "Matrixa" - pełna iluzja podpowiadana ludzkim zmysłom przez komputer. To porywająca wizja, przynajmniej kiedy się słucha Laniera: "W tym świecie możesz być wielkości góry, całej galaktyki albo kamyczka na podłodze. Fortepian... Cudownie jest być fortepianem. Można posługiwać się instrumentami muzycznymi zupełnie inaczej niż w rzeczywistym świecie. Saksofon np. zamiast dźwiękami może grać feerią świateł. Albo nawet twoim własnym ciałem. Może deformować je. Możesz stać się kometą i stopniowo zmienić się w wielkiego pająka większego niż planeta".

Z technicznego punktu widzenia wejście do tego świata iluzji będzie prowadzić przez specjalne okulary, rękawice i skomputeryzowany kombinezon najeżony czujnikami reagującymi na każdy ruch, a być może również urządzenia, które będą też symulowały wrażenia węchowe i smakowe.

W wirtualnym świecie łatwo przekazać wszystko bez słów. Po co opisywać obraz zdaniami, kiedy można go bezpośrednio pokazać? Lanier określa to mianem komunikacji postsymbolicznej. Jej przedsmak Lanier dał w połowie lat 90., tworząc spektakl "The Sound of One Hand" grany w teatrach w Chicago, Toronto i Linzu. Lanier występował w nim w wirtualnych okularach i rękawicy, podobnie jak cała publiczność, która widziała i czuła dokładnie to co on. "Czy gdyby cofnąć się w czasie i dać naszym przodkom technologię wirtualnej rzeczywistości, to stworzyliby oni język? Myślę, że nie" - mówi.

Mam jednak nadzieję, że się myli.


Mózg gracza komputerowego jest inny




Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl - http://wyborcza.pl/0,0.html © Agora SA