iPokurcz buduje cywilizację płochliwych ofiar Robert Siewiorek 3/23/2014 12:00:00 AM Zródło: gazeta.pl

Dwa stulecia po rewolucji przemysłowej technologia znów zamienia nas w kaleki. Małego niewolnika maszyny parowej zastąpił nastoletni niedojda ze smartfonem


Gdzie mieszkasz?

W Leeds.

Kiedy zacząłeś pracować w fabryce?

Jak miałem sześć lat.

Jaka to była fabryka?

Przędzalnia.

W jakich godzinach pracowałeś?

Od piątej rano do dziewiątej wieczorem. (...)

Jak ta praca wpłynęła na twoje zdrowie?

Mam liche kolana. I nogi mam teraz koślawe przez to długie stanie

(świadek zadziera nogawki).

Opowieść fabrycznego kaleki

Chłopiec zeznawał w 1832 r. w Londynie przed komisją Izby Gmin. Nie bał się, że wyląduje za to na bruku, bo nie nadawał się już do ciężkiej pracy i był sprzedawcą warzyw. Komisja miała rozstrzygnąć, czy rzeczywiście trzeba ograniczyć pracę dzieci w fabrykach ''do zaledwie 10 godzin'', czy też może opowieści o całym tym cierpieniu wyrostków to tylko jakaś histeria.

Rok później Peter Gaskell w książce ''The Manufacturing Population of England'' pisał: ''Praca w fabryce nie jest pod pewnymi względami odpowiednia dla dzieci, jeśli są przetrzymywane w zaduchu, pozbawione potrzebnych ćwiczeń i tkwią w tej samej pozycji przez wiele godzin, zamiast być aktywne, do czego ich mięśnie są powołane. Nie dziwmy się więc, że efekty tego są szkodliwe dla ich fizycznego rozwoju''.

W 1841 r. niejaki William Dodd, porwany za młodu w niewolę maszyn, w broszurce pt. ''Opowieść fabrycznego kaleki'' tak opisywał cierpienia doznane za sprawą zwyrodnień, które powstały wskutek wyczerpującej pracy w dzieciństwie: ''Wiosną 1840 r. zacząłem czuć ból w prawym nadgarstku, który z ogólnej słabości się wytworzył, w fabrykach nabytej. Opuchlizna i ból narastały. Nadgarstek spuchł w końcu tak, że miał dwanaście cali w obwodzie, podczas gdy reszta mego ciała zamieniła się w istny szkielet. Trafiłem do Szpitala św. Tomasza 18 lipca, przeszedłem operację. Rękę odjęto mi tuż poniżej łokcia''.

Potwora nie da się obłaskawić

Brytyjczycy dawno już, jak zresztą większość cywilizowanego świata, przestali tuczyć się na morderczej pracy swoich dzieci (z cudzymi to trochę inna sprawa). W ciągu minionych dwóch stuleci maszyny straciły wiele ze swego demonizmu, oswoiliśmy je i udomowiliśmy - podobnie jak 13 tysięcy lat temu, porzucając życie koczowników, udomowiliśmy zwierzęta.

Ale za obłaskawianie obcego świata zawsze płacimy wysoką cenę. Pierwsi rolnicy byli bardziej chorowici i słabsi niż ich przodkowie koczownicy. Zaczęli karleć, umierali młodziej, ciężka praca w polu wywoływała u nich bóle, a mieszkanie we wspólnych domostwach z oswojonym bydłem ściągnęło na nich nieznane wcześniej choroby: grypę, ospę i gruźlicę.

Okazało się, że gwałtowna zmiana nawyków, konieczność błyskawicznego zaadaptowania się do nowego środowiska i nowy tryb życia, wymuszone przez nowy pomysł na urządzenie świata, pomagają rozwijać kulturę kosztem natury. Ta reguła obowiązuje także dziś, gdy wirtualne technologie podbijają ostatnie zakątki realności.

Tak jak przed 13 tysiącami lat za cywilizacyjny szok, za nowy pomysł na własne istnienie płacimy słabością, cierpieniem i chorobami. I tak jak przed dwustu laty przekonujemy się, że nie sposób oswoić potwora, którego sami stworzyliśmy.




Narodziny nowego człowieka: ''Co internet robi nam z mózgiem''; ''Czy e-booki zmienią nam mózgi?''

Zachód już o tym mówi: ''iPosture problem facing our kids''

Właśnie odkrywamy, że technologia zagraża nam nie tylko wtedy, gdy miota żelazem, bucha parą i ocieka smarem. Zaczyna do nas docierać, że ta niemal inteligentna, czysta, cichutka i uwodzicielska postać, którą przybrały maszyny, może być nawet bardziej złowroga od jej prymitywnej, niechlujnej i hałaśliwej praprababki z epoki pierwszych lokomotyw. Bo i ona potrafi zrobić z człowieka kalekę, lecz mało kto potrafi się od niej uwolnić A co gorsza - mało kto chce. Nastolatki z czasów Williama Dodda nienawidziły maszyn. Dzisiejsi nie wyobrażają sobie bez nich życia. Choćby ich nawet miało pokręcić.

Na krzyżu nowoczesności

Pod koniec ubiegłego roku brytyjska firma Simplyhealth opublikowała wyniki badań przeprowadzonych na jej zlecenie na 3 tysiącach osób. Okazało się, że z powodu bólu wywołanego nieustannym używaniem komórek, smartfonów i tabletów 18-24-latki w krajach zachodnich pracują rocznie średnio o 1,5 dnia krócej, niż pracowali ich rówieśnicy z pokolenia ich rodziców. W sumie nic dziwnego, skoro typowy przedstawiciel tej grupy wiekowej spędza przed cyfrowym ekranem 8,33 godziny, podczas gdy 55-latek - 6,64 godziny.

- Większość dzisiejszych czterdziesto-pięćdziesięcioparolatków wyrastała w zupełnie innej kulturze fizycznej niż ich dzieci czy wnuki. Mieli inną postawę, byli bardziej elastyczni - ocenia dr Bogdan Koczy, ortopeda i dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej w Piekarach Śląskich, czołowej tego typu placówki w Polsce.

84 proc. 18-24-latków uskarżało się w badaniach Simplyhealth na uporczywe bóle pleców. Okazało się, że nowe nawyki związane z nieustannym używaniem podręcznej elektroniki powodują u nich zmiany fizyczne. Naukowcy nazwali to zjawisko iPosture - iPostawą. Człowiek niosący przez życie cyfrowy krzyż to męczennik nowoczesności - pokrzywiona ofiara nałogu, w którym usieciowiona paplanina zastępuje realne życie i kradnie zdrowie.

Mechanika nieszczęścia

Ortopedzi, na których pracy opiera się ta diagnoza, wyliczają następujące objawy iPosture: rozprzestrzeniający się tępy ból stawów, ostry ból pleców, szyi i ramion, brak gibkości, przygarbienie, ograniczenie ruchomości nadgarstka. Na te problemy, na początku odczuwalne od czasu do czasu, nasze dzieci pracują przez cały okres dorastania, by z pełną siłą dopadły je już w wieku 25 lat.

Dr Nikhil Arbati z Azjatyckiego Instytutu Serca w Bombaju twierdzi, że intensywny ból pleców i szyi jest udziałem aż 40-50 proc. ludzi przed czterdziestką. Lekceważenie tych dolegliwości może prowadzić do degeneracji dysków kręgosłupa, niedorozwoju mięśni, czasem nawet do uszkodzenia nerwów.

- Długie rozmowy przez komórkę wymuszają zmianę ustawienia ciała: głowa się pochyla, bark idzie do góry, ręka jest maksymalnie zgięta w łokciu, inaczej niż zwykle ustawiamy nadgarstek - mówi dr Koczy. - Sumowanie się tych ruchów wywołuje przykurcze, zbyt silne napięcia mięśni, ból. I deformacje całej postawy, bo jeśli np. trzymasz telefon w prawej dłoni, to prawa strona ciała jest inaczej skonfigurowana w stosunku do lewej.

Doświadczony ortopeda potrafi rozpoznać ofiarę smartfona już na pierwszy rzut oka: ma przykurcze mięśni karku i stawu łokciowego. Do dr Koczego trafia coraz więcej młodych ludzi z takimi dysfunkcjami. - Na wczesnym etapie wystarczy rehabilitacja, ale po kilkunastu latach zmiany mogą być nieodwracalne - ostrzega ortopeda.


Rusz się! Ale jak?: ''Dzieciństwo w czterech ścianach. Co zamiast komputera i telewizji?''

Chińska epidemia: ''Smartphone addicts getting head slings''

9 pozycji nowego człowieka

To, że komputery, smartfony, tablety i komórki zmieniają nie tylko nasze relacje z innymi ludźmi, ale także sposób, w jaki nasze ciało komunikuje się z otoczeniem, widzą już nie tylko lekarze. Produkująca ergonomiczne meble biurowe firma Steelcase wypuściła na rynek Gesture - ''pierwsze krzesło zaprojektowane po to, aby ułatwiać naszą interakcję z najnowszymi technologiami''. Projektując nowy model, producent zlecił badania z udziałem 2 tys. pracowników biurowych z 11 krajów. James Ludwig, wiceprezes Steelcase, doszedł do wniosku, że nowa technologia, ''nowa rasa urządzeń kreująca nową socjologię miejsca pracy'', wytworzyła dziewięć pozycji, które przyjmujemy za biurkiem. Pozycji dotychczas światu nieznanych.

''Przechylona'' (''Draw'') to pozycja półleżąca, wymagająca solidnego podparcia, zwłaszcza głowy i szyi. Pracując przy laptopie, a jednocześnie rozmawiając przez telefon, układasz ciało w pozycji ''Człowiek orkiestra'' (''Multi Device'') - o ile jedną rękę możesz oprzeć na biurku, a drugą na poręczy fotela. Układ ''Dla piśmiennych'' (''Text'') - noga na nodze, korpus lekko obrócony, jeden łokieć na podłokietniku - często spotykamy u tych, którzy pracują przy biurku, ale do czytania czy pisania wykorzystują nie klasyczny komputer, lecz kieszonkową elektronikę.

''Kokon'' (''Cocoon'') to coś głównie dla czytających, przede wszystkim, jak twierdzą w Steelcase, kobiet. Ciało jest przykurczone, nogi podciągnięte w kolanach, a tablet lub smartfon trzymasz blisko oczu. Kiedy jednak patrzysz na ekran swojego gadżetu z góry, opierając się łokciem o biurko, na którym leży sprzęt, układasz się w konfiguracji ''Żuraw studzienny'' (''Swipe'').

Więcej luzu i wygody daje ''Na szezlongu'' (''Smart Lean'') - kompromis między ''Przechyloną'' i klasycznym siedzeniem przy biurku. Zrelaksowany przeglądasz wtedy zwykle zawartość komórki czy smartfona, które przy okazji możesz osłonić ciałem przed wzrokiem wścibskich kolegów (sprawdza się szczególnie podczas zebrań).

''Hipnotyczna'' (''Trance'') - jedna ręka na klawiaturze, druga podpiera brodę - stwarza pozory znacznego zaabsorbowania pracą. Znałem człowieka, który potrafił spalać się w takich biurowych blokach startowych cały boży dzień - bez względu na to, czy rzeczywiście coś robił, czy tylko gapił się w ekran. Strategia okazała się skuteczna, bo tą pańszczyźnianą postawą zdobył przychylność szefa. Czuł najwyraźniej, że za praktykowanie ostentacyjnie wyciągniętej pozycji ''Z czym mi tu'' (''Take-It-In'') , zwanej inaczej ''całą wstecz'' , wypadłby z łask albo nawet wyleciałby z roboty.

Ludzie świadomi tego ryzyka, lecz szukający zarazem jakiejś dyskretnej ulgi w mordędze, wybierają pozycję ''Koci grzbiet'' (''Strunch'') - schizofreniczne połączenie rozciągania z garbieniem się. Komputer jest wtedy odsunięty w głąb biurka, a pochylone mocno ciało zwisa nad blatem podparte na łokciu.


Cywilizacja płochliwych ciemięg

Gdyby tylko konsekwencje tego biurowego tańca św. Wita ograniczały się do fizyczności, wielkiej tragedii by jeszcze nie było. Przecież słabowity ciemięga nie jest skazany na nędzę, chorobę czy szybką śmierć w świecie maszyn, które wykonują za nas całą pracę - przenoszą między kondygnacjami biur i galerii handlowych, szczotkują zęby, sprzątają, parkują samochody, a nawet noszą plecaki.

Ale nie możemy wzruszyć ramionami, bo to, jak się człowiek porusza, ma znaczenie nie tylko dla zdrowia. Postawa wpływa przecież też na to, jak traktujemy samych siebie i jak traktują nas inni. Ten wpływ Adam D. Galinsky, Li Huang, Deborah H. Gruenfeld i Lucia E. Guillory opisali w pracy ''Powerful Postures Versus Powerful Roles. Which Is the Proximate Correlate of Thought and Behavior?'' z 2011 r.


Wyjdźmy na chwilę z informacyjnego potoku: ''Poczytaj mi wolno''

Technoprorocy widzą to inaczej: ''Changing Health Behaviors: From Facebook to Smartphones''

77 studentom wręczono kwestionariusze mające - jak im powiedziano - ocenić ich zdolności przywódcze. Przed ich wypełnieniem uczeni poinformowali połowę badanych, że odegrają w eksperymencie role menedżerów. Pozostali mieli być podwładnymi.

Oczekujący na dalsze zadania studenci zostali poproszeni - niby przy okazji - o pomoc w przetestowaniu nowych ergonomicznych foteli do pracy przy komputerze. Wybraną losowo grupę na kilka minut usadzono w fotelach wyregulowanych w taki sposób, że siedzący musieli się zgarbić, mieć złączone kolana, a dłonie wsunięte pod uda. Pozostali dostali fotele ustawione tak, że mogli się w nich rozeprzeć po pańsku - z wyciągniętymi nogami i rozprostowanymi ramionami.

Potem wszystkich uczestników eksperymentu podzielono na ''menedżerów'' i ''podwładnych'' i dano im do wypełnienia test, w którym mieli wpisać słowa przychodzące od razu na myśl, gdy trzeba scharakteryzować stany takie jak władza, przewodnictwo, autorytet czy bogactwo. Studentom, którzy do opisu używali słów ''mocnych'', świadczących o woli działania - np. w odniesieniu do władzy ''przewodzić'' zamiast ''obarczyć'' - za każde takie aktywne skojarzenie przyznawano punkt.

W testach z samego początku eksperymentu naukowcy nie zauważyli różnic w tym, jak studenci opisywali własne zdolności przywódcze. To, czy ktoś miał odegrać rolę szefa, czy podwładnego, nie wpływało na jego samoocenę. Różnice pojawiły się w drugiej serii kwestionariuszy. Ci, którzy siedzieli wcześniej na wygodnych krzesłach, zdobyli przeciętnie po 3,44 punktu, podczas gdy skazani na dyskomfort - tylko 2,78.

To, że punkt widzenia zależy od jakości siedzenia, potwierdziła ostatecznie trzecia część eksperymentu, w której każdy ze studentów miał zadeklarować, czy: odezwałby się pierwszy podczas debaty; opuścił fotel, by szukać pomocy po katastrofie samolotu; przyłączył się do ruchu na rzecz uwolnienia osoby niesłusznie uwięzionej. W każdym przypadku ci, którzy siedzieli wcześniej wygodnie, częściej byli skłonni wejść do akcji.

Wniosek brzmiał: wpływ na poczucie przewodnictwa miały tylko krzesła.

Wystarczyło kilka minut spędzonych w niewygodnej pozycji, by skazani na nią ludzie poczuli się gorsi i zaczęli być pasywni.

Skoro więc geometria ciała staje się geometrią psychiki i emocji, to jaki wpływ na postrzeganie samych siebie, na chęć działania, pomagania, angażowania się będzie miało trwanie w nienaturalnej pozycji od dzieciństwa? Czy iPokurcze będą generacją improduktywnych, zahukanych i wycofanych z życia połamańców niezdolnych do działania i nieskłonnych do mobilizowania się w imię wspólnej sprawy? Eksperyment Galinsky'ego i spółki sugerowałby, że tak.

Cywilizacja iPokurczów nie będzie zwycięską cywilizacją altruistów i liderów, raczej rachityczną monokulturą zahukanych, pasywnych i płochliwych ciemięg.

Świat widziany od spodu

Jedyna pociecha w tym, że będzie to również świat ludzi mniej agresywnych i uczciwszych. To także teza naukowo uzasadniona. Andy J. Yap, psycholog z MIT, wraz z czwórką kolegów z Harvardu i Berkeley postanowili odpowiedzieć na pytanie, czy narzucona przez bezpośrednie otoczenie fizyczna postawa ma wpływ na uczciwość.

W opublikowanej w sierpniu 2013 r. pracy pt. ''The Ergonomics of Dishonesty: The Effect of Incidental Posture on Stealing, Cheating, and Traffic Violations'' naukowcy dowodzą, że ludzie zachowujący postawę ekspansywną - wyprostowani, z podniesionym czołem, obserwujący otoczenie z góry - są bardziej skłonni kraść, oszukiwać podczas testów i zachowywać się agresywnie podczas jazdy samochodem. To sugeruje, że wystarczy mieć wrażenie kontroli nad otoczeniem, by mieć również poczucie większej władzy, a to kusi rodzi pokusę nieuczciwych zachowań.

Tymczasem iPokurcz nie jest samcem alfa, bo patrzy na świat ''od spodu'', z żabiej perspektywy swego coraz bardziej obolałego ciała, osłonięty przed rzeczywistością tarczą elektronicznej tabliczki. Jego wycofana natura każe mu unikać konfrontacji, zachowań ryzykownych, rzucania wyzwań innym i sobie. Być może właśnie dlatego, przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, jest uczciwszy niż pewny siebie osiłek?

Na szczęście nie trzeba zostać gładkogłowym bykiem, by uniknąć doli iPokurcza. Dr Koczy uważa, że wystarczy niewiele: rozciągać się, nie trzymać telefonu czy tabletu na poziomie oczu, operować myszką blisko ciała, pracować bez przerwy przy komputerze nie dłużej niż godzinę, a do dłuższych rozmów telefonicznych używać słuchawek lub zestawu głośnomówiącego.

Można też, i owszem, podeprzeć się elektroniką. Istnieją już aplikacje, np. Smart Pose, które monitorują pozycję użytkownika smartfona. Analizując jego mimikę, pracę źrenic i częstotliwość mrugnięć, urządzenie rozpoznaje, czy człowiek jest zmęczony, czy się przykurcza lub przekrzywia, i ostrzega dźwiękiem, wibracją lub SMS-em.

Byle zwinąć się w Kokon

Jakoś przegapiłem moment, gdy pełna nieznośnego entuzjazmu pozycja ''Człowiek orkiestra'', w której zacząłem pisać ten tekst, przeszła w medytacyjną ''Hipnotyczną''. O tym, że dopadł mnie barowy ''Koci grzbiet'', przypomniał dopiero ból łokcia i pleców. Do ostatnich linijek tekstu dodryfowałem rozpaczliwym ''Z czym mi tu'', a z nagonką na ortografy ruszyłem już w pełnym znudzenia ''Żurawiu studziennym''. Tak umęczony na ostatnie czytanie mogłem się ułożyć już tylko w ''Przechylonej''. ''Tekst macie w mailu'' - napisałem do redakcji nareszcie rozwalony w luzackim ''Na szezlongu''.

Czas odpocząć. Analogowo. Z książką. W embrionalnym ''Kokonie''.


Homo Facebukus: ''Facebook kończy 10 lat. Jak zmieniła nas ta dekada?''

Jak serwisy społecznościowe zmieniają umysł - opowiada neurochemik Joe Dispenza