Krytyka w czasach karnawału Magdalena Nowicka 1/31/2016 12:00:00 AM Zródło: Tygodnik Powszechny Nr 6 (3474)

Krytyka w czasach karnawału


Magdalena Nowicka

31.01.2016


Czy radykalne poczynania władzy to rzeczywiście rewolucja, zamach albo dyktatura? A może chodzi o zadawniony konflikt między polityką a moralnością, którego ofiarą pada krytykujące władzę społeczeństwo?

Ostatnią audycję „Tomasz Lis na żywo”, nadaną 25 stycznia w TVP2, zdominowały apele do społeczeństwa, by wzięło obronę demokracji w swoje ręce, bo opozycyjni politycy czują się dziś na sejmowej sali bezradni. „Los Polski i Polaków nie zależą od tego czy innego polityka, od jednej czy drugiej partii, będziemy mieli tyle wolności, ile sobie wywalczymy. Zwyciężą te wartości, za którymi opowie się większość. Wszystko jest w naszych rękach, w naszych głowach, w naszych sercach” – tak Tomasz Lis zakończył swój program.

Aby poznać anatomię tego apelu, który nie jest tylko polską specjalnością, warto sięgnąć do ważnej książki Reinharta Kosellecka „Krytyka i kryzys”, wydanej właśnie przez „Res Publikę Nową”. Książka ukazała się w Niemczech pod koniec lat 50. i została uznana za jedną z najważniejszych prac z dziedziny humanistyki XX wieku. Dopiero dziś, równo dziesięć lat po śmierci autora, trafia do rąk polskiego czytelnika.

Koselleck urodził się w 1923 r. w Görlitz. Sławę przyniósł mu współredagowany z Ottem Brunnerem i Wernerem Conzem leksykon głównych pojęć naszej historii, którego pierwszy tom wyszedł w 1972 r. Według Kosellecka pojęcia obiecują zmianę na lepsze, obnażając przy tym swój utopijny ładunek. Dlatego badanie ich dziejów przynosi wiedzę nie tylko o faktach, ale zwłaszcza o społecznych marzeniach, które nie mogą się spełnić.

Wśród głównych pojęć europejskiej kultury Koselleck wymienia „krytykę” i „kryzys”. To im poświęcił swoją pracę doktorską obronioną w 1954 r. na Uniwersytecie w Heidelbergu. Powstała pod niemałym wpływem fascynujących, ale i kontrowersyjnych tuzów niemieckiej humanistyki jak Martin Heidegger i Carl Schmitt, a także Hans-Georg Gadamer i Karl Löwith. W „Krytyce i kryzysie”, o znamiennym podtytule „Studium patogenezy świata mieszczańskiego”, dopatrywano się rysów autobiograficznych, próby rozliczenia się autora z jego własną młodością. Jako nastolatek „z dobrego domu” należał do Hitlerjugend, a w 1941 r. zaciągnął się na ochotnika do Wehrmachtu. Ale nawet jeżeli te doświadczenia stały za „Krytyką i kryzysem”, horyzont, który Koselleck stara się tu objąć, jest znacznie szerszy niż osobiste wyrzuty sumienia.

Wiek kryzysu

„Krytyka i kryzys” celnie tropi pułapki, które oświeceniowe myślenie o państwie i władzy zastawiło na następne pokolenia. XVIII stulecie Koselleck nazywa za Kantem wiekiem krytyki i widzi w nim „przedsionek współczesnej epoki pełnej napięć i niepokojów”. To w tamtym czasie państwo absolutystyczne ostatecznie rozdzieliło politykę i moralność, pieczętując tym początek swojego końca. To wtedy mieszczaństwo przeobraziło się w społeczeństwo obywatelskie, czyniąc z leżącej odłogiem moralności oręż w walce z państwem, które mogło się bronić tylko skompromitowanym prawem i legalizmem.

W poszukiwaniu początków rozdziału polityki i moralności Koselleck czyta na nowo Hobbesa, Locke’a i Vattela, ale nie zadowala się obiegowymi interpretacjami. U Thomasa Hobbesa interesuje go nie tyle wojna wszystkich ze wszystkimi, co fundamentalny „rozdźwięk pomiędzy pragnieniem pokoju jako najwyższego dobra oraz niemożnością osiągnięcia pożądanego stanu rzeczy”. Zdaniem Hobbesa pokój w Europie będzie możliwy tylko wtedy, kiedy moralność zostanie podporządkowana polityce i prawu. Sumienie karmione religijnymi ideologiami musi zostać spacyfikowane, aby nie nawoływało impulsywnie do wojen w imieniu partykularnie pojmowanego dobra. Hobbes wręcz alergicznie reaguje na słowo „sumienie”, bo według niego za konkurencją interesownych sumień stoi groźba wojny domowej. Sprywatyzowane przez religię sumienie wynaturza się i, jak powtarza za Hobbesem Koselleck, „staje się idolem bezkrytycyzmu i arogancji”. Dla autora „Lewiatana” decyzje suwerena są zawsze moralne, bo chroni on lud od pożogi wojny, a strach przed nią sprawia, że dla ludzi polityka i moralność zlewa się w jedno. Czy jednak w czasach pokoju, pyta Koselleck, „każde rozporządzenie i każdy rozkaz monarchy jest prawem rozumu, a nawet nakazem moralnym?”.

No właśnie. Państwo absolutystyczne, którego rozkwit przypada na czasy Ludwika XIV, zażegnało wojny religijne, zastępując je konfliktami między państwami. W ten sposób monarchia zsekularyzowała moralność, ale ani nie zapewniła ludziom pełnego bezpieczeństwa, ani nie utrzymała na dłuższą metę swojej władzy.

Koselleck wyjaśnia ten stopniowy upadek, przywołując Emericha de Vattela, polityka z czasów Fryderyka Wielkiego, który spierał się z Hugonem Grocjuszem o prawo do interwencji jednego państwa w wojnę domową toczącą się w innym państwie. Dla Grocjusza wystarczającym uzasadnieniem interwencji jest rażące naruszanie w sąsiadującym kraju prawa naturalnego.

Zdaniem Vattela sprawa rysuje się odwrotnie. To hasło obrony prawa naturalnego rozpala umysły religijnych fanatyków i pragnących własnej chwały władców. Ingerować można tylko wtedy, kiedy jakiś naród sam poprosi o pomoc, nie mogąc własnymi siłami obezwładnić szalejącej w kraju tyranii – na przykład religijnej. Ten z gruntu demokratyczny postulat jest oczywiście kapitalnym owocem postępu, ale kryje w sobie niebezpieczną pokusę radykalizacji polityki i szantażowania władzy, jeśli nie spełnia ona wszystkich społecznych oczekiwań. „Jeśli początkowo ewentualna wina leżała wyłącznie po stronie poddanego, podczas gdy władca pozostawał zawsze niewinny, to teraz role się odwróciły – odtąd winny był już tylko monarcha” – zauważa Koselleck.

W tym momencie na scenę filozoficznego sporu wkracza John Locke, który zwraca uwagę na rosnące w ówczesnej Europie znaczenie „prawa opinii, czyli reputacji”, gdzie prywatne opinie ludzi urastają do rangi powszechnego prawa, a osąd obywatelski jest postrzegany jako moralny ze swej istoty. Locke – świadomy pułapek takiego myślenia – uczula, że opinie ludzi mogą stać się prawem tylko pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, muszą wyrażać roszczenie do powszechnie obowiązujących reguł, a nie do partykularnych przywilejów. Po drugie, osąd obywatelski nie może być okazjonalną kontrolą władzy, ale powinien stać się nieprzerwanym procesem krytyki, gdzie rozum zawsze uzasadnia wybory moralne, a moralność sądy rozumu.

Samouwielbienie

Łatwo głosić takie piękne hasła, dużo trudniej wcielić je w życie. Przed tym dylematem stanęła w XVIII wieku mieszczańska inteligencja. Przedsiębiorcy, profesorowie, nauczyciele stworzyli drugi krwiobieg władzy, debatując nad sprawami państwa i polityki w prywatnych salonach, akademiach i lożach masońskich. Mieszczańskie społeczeństwo szybko jednak znalazło się w klinczu. Jego symboliczne znaczenie rosło, a polityczna władza wcale się nie powiększała. Dlatego celem niezadowolonych stała się kompromitacja tolerującego ją państwa. Krętą drogę przeszła więc nowożytna Europa od akceptacji państwa jako gwaranta bezpieczeństwa do roszczenia społeczeństwa o pełnię władzy.

Roszczenie o władzę oparte było na radykalnym odrzuceniu poprzedniej władzy jako niemoralnej, a niemoralnej dlatego, że nie może ona zapewnić każdemu szczęśliwości wedle jego miary.

Ten paradoks logiczny najbardziej fascynuje Kosellecka, ponieważ zarazem wyposaża ludzi w zdolność moralnej krytyki rządzących, jak i tę krytykę rozbraja. „Separacja moralności i polityki okazała się kamieniem węgielnym wyniosłej, aroganckiej krytyki” – pisze Koselleck. Krytyka narodziła się w momencie kryzysu legitymacji władzy, ale tego kryzysu nie była w stanie zażegnać. Pierre Bayle przestrzegał u schyłku XVII stulecia, że „krytyka to ryzykowna praca, ponieważ gdy zignoruje się drobne fakty, cała pozostała wiedza nie uratuje oceny danej sprawy od błędu”. Według Woltera krytyka była brakującą dziesiątą Muzą, która przywróci światu harmonię: „Krytyka leży po stronie dobra, kocham ją i czczę. Oświecona publiczność osądza walczących, a wraz z upływem czasu triumfuje zdrowy rozum”.

Ale już kilka lat później kpił z zadufania kolegów: „Wśród krytyków nie ma ani jednego, który nie wierzyłby, że osądza świat i słucha świata”.

Jedynym, czego krytyka nie poddawała osądowi, była ona sama. Koselleck uważa, że krytyka „żyje kosztem kolejnych weksli do spłaty w przyszłości”. Krytyk nie może bowiem oszczędzić teraźniejszości, musi ją rozliczyć, osądzić, zarzucić jej fałsz. Dlatego krytyka szybko przeistoczyła się w hipokryzję i samouwielbienie krytyków, którzy widzieli w sobie sędziów sprawiedliwych nad tyranią króla. „Kto mówi królowi na »ty«, nie może być poddanym, lecz co najmniej reprezentantem narodu, organem prawdy, cnoty, a nawet całej ludzkości. Ciągłe demaskowanie innych zaślepia samego demaskatora” – przestrzega Koselleck.

Na koniec swoich rozważań Koselleck przywołuje Turgota, piewcę postępu, dla którego warunkiem sprawowania władzy jest, w miejsce praworządności, sprawiedliwość moralna. Twierdzi, iż „na tej podstawie, że władza dopuszcza się bezprawnych nadużyć, nie należy wnioskować, że każda władza, szczególnie jeśli ma poszanowanie dla sprawiedliwości, jest bezprawna”. Rolę suwerena przejmuje społeczeństwo albo naród, jak powiedzą romantycy, czyniąc krytykę państwa przejawem patriotyzmu. Oto zmierzch państwa absolutystycznego. Ale to nie koniec historii rywalizacji między polityką a moralnością. W spadku po oświeceniu otrzymaliśmy kuszące przekonanie, że niemoralność polityków „automatycznie usprawiedliwia bunt”. Społeczeństwo zyskało prawo do krytyki, ale czy jest w stanie treść tej krytyki wyegzekwować?

Post scriptum: Polska

W bogatym dorobku Kosellecka próżno szukać wielu uwag o Polsce. Jednak stanowi ona jedną z warstw czasu i kultury, która składa się na europejskie podglebie. Dlatego można spojrzeć na obecne napięcia w polskiej polityce oczami Kose- llecka. Nieprzychylni Prawu i Sprawiedliwości komentatorzy, chcąc nazwać logikę „dobrej zmiany”, żonglują diagnozami zamachu na demokrację, demokratury, zemsty na poprzednikach albo rewolucji. Krzysztof Mazur, politolog, nazywa Jarosława Kaczyńskiego „ostatnim rewolucjonistą III RP” – samotnym i zdeterminowanym, by przebudować prawne i moralne fundamenty państwa. Zapewne jest sporo racji w tej ocenie, bo przynamniej na razie w poczynaniach rządzącej partii więcej jest przemyślanego planu niż chaotycznej improwizacji. Rewolucja albo zamach to jednak zbyt patetyczne hasła, niepotrzebnie nobilitujące „dobrą zmianę”. Może mamy po prostu do czynienia z (poprzedzonym długim postem) karnawałem przejęcia władzy, który oznacza jednocześnie kryzys politycznej krytyki. Żyjemy w bezkrytycznych czasach, mimo że (albo właśnie dlatego!) wielu krytykę ma na ustach.

Równo sześć lat temu, w lutym 2010 r., Jarosław Kaczyński wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim (na zaproszenie Klubu Jagiellońskiego) wykład pod znaczącym tytułem: „Czy Polska jest państwem prawa?”. Odpowiedź Kaczyńskiego okazała się oczywiście miażdżąca dla rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej i całej konstrukcji III RP. „Nie ma w Polsce równowagi społecznej. Prawo może być instrumentalizowane, ponieważ są ku temu warunki społeczne” – mówił prezes PiS. Te warunki społeczne to według niego dominacja postkomunistycznych elit, które kierują się legalizmem, gwarantującym ich przywileje, zamiast wolą polityczną narodu.

Dziś Kaczyński instrumentalizację prawa uzasadnia właśnie wolą narodu, a może nawet tym, co Locke nazywał „prawem opinii”, moralnym osądem ludu – a właściwie jego niewielkiej części, która na PiS zagłosowała. Nowa władza spełnia sen Turgota, lecz na opak – bo w swojej wizji moralnie sprawiedliwego państwa nie przewiduje miejsca na jego krytykę.

Moralność bywa więc, jak podkreśla Koselleck, podporządkowywana polityce, czyniąc jej procedury giętkimi i plastycznymi. Redaktorzy i tłumacze „Krytyki i kryzysu”, Marcin Moskalewicz i Jakub Duraj, przyznają Koselleckowi rację także w tej kwestii, że „współczesna krytyka polityczna – dzieło wszelkiej maści intelektualistów, artystów, akademików i działaczy trzeciego sektora – będąca spadkiem po ojcach założycielach okresu absolutyzmu oświeceniowego, jest dopuszczalna (...) analogicznie do swojej poprzedniczki – dopóty, dopóki jest politycznie nieskuteczna”.

Krytyki nowej władzy mamy dziś w Polsce bardzo dużo, ale jest to krytyka, której odmawia się tego miana i którą nazywa się rokoszem, pieniactwem albo spiskiem. Krytycy nie są w stanie dostatecznie się obronić, gdyż stronią od retoryki moralistycznej, zasłaniając się legalizmem i regułami liberalnej demokracji, kompromitowanymi przez drugą stronę politycznego sporu. Coraz częściej wybierają unik zamiast konfrontacji, w której nie widzą dla siebie szans.

„Nie zgadzam się na niszczenie ludzi, łamanie wolności słowa i robienie z wolnych mediów propagandowej tuby władzy. Nie mogę obecnością w studiu firmować haniebnych praktyk. Dlatego dziękuję i do zobaczenia wkrótce, w demokratycznej Polsce” – oświadczył Wojciech Czuchnowski w TVP Info i wyszedł ze studia, w którym jego adwersarzem miał być dziennikarz tygodnika „wSieci”. To na pewno honorowy gest, ale i wyraz bezsilności, gdzie krytykę wyrażającą się w polemicznej dyskusji zastępuje czysta demonstracja niezgody. Elity antyrządowe są dziś często bezradne, spóźnione w reakcjach i banalne w słowach. Na ich tle nieźle wypada oddolny głos ludzi w ramach manifestacji Komitetu Obrony Demokracji, ale jest to krytyka happeningowa, która nie zastąpi żmudnej debaty politycznej. Tak powiedziałby Koselleck. ©

Reinhart Koselleck „Krytyka i kryzys. Studium patogenezy świata mieszczańskiego”, przeł. Jakub Duraj i Marcin Moskalewicz, Res Publica Nowa, Warszawa 2015.