WOJENNE KŁAMSTWA

 

 

Napisano o tej książce w „The Wall Street Journal”, że jest „pełna ironii i żalu” i trudno się z tą recenzją nie zgodzić. W istocie to właśnie te dwie kategorie sprawiają, że „Wojenne kłamstwa” Louisa Begley'a to jeden z tych tekstów, wobec których nie można pozostać obojętnym.

 

Nie jest to oczywiście w żaden sposób sytuacja wyjątkowa – wojenne przeżycia dziecka, na które składają się absolutnie traumatyczne doświadczenia ucieczki, zagrożenia, strachu, ukrywania się, maskowania swojej prawdziwej tożsamości, bólu, głodu czy przerażenia – zawsze wywołują wielkie emocje.

 

Nie ma jednak wątpliwości, że w kontekście różnych tekstów różnie te emocje można racjonalizować. W książce Barbary Engelking „Jest taki piękny słoneczny dzień...”, która też przytacza historie i losy dzieci żydowskich ukrywających się na wsi polskiej w latach 1942-1945, niewielkie mamy pole do polemizowania – fakty oparte na dokumentach sądowych mówią same za siebie, co najwyżej możemy się starać te fakty uściślać, szukać dla nich wytłumaczenia czy też stawiać w dodatkowych kontekstach. Dyskutować z nimi jest trudno, bo pole do takiego działania jest zawężone do weryfikowalnej dokumentalnie rzeczywistości:

 

„Moim zdaniem liczba ofiar, które da się policzyć – choćby na podstawie wszystkich istniejących źródeł, z których ja analizowałam jedynie niewielką część – to zaledwie jakiś procent rzeczywistej liczby wydanych i zamordowanych. Pracując nad tą książką, sięgnęłam do wielu źródeł. Przeanalizowałam 300 spraw sądowych, w których była mowa o 281 przypadkach denuncjacji (ofiarą tych doniesień padło 701 Żydów, oraz o 139 mordach, w których zginęło 473 Żydów. W 174 spośród 500 relacji dotyczących ukrywania się na wsi jest mowa o wydawaniu (230 przypadków, 858 ofiar) i mordowaniu (142 przypadki, 542 ofiary)”.

 

„Wojenne kłamstwa” nie są dokumentem opartym na badaniu zeznań sądowych, prokuratorskich dochodzeń czy sędziowskich wyroków. Są tekstem wspomnieniowym opartym po części na  przeżyciach samego autora, pisanym z odległej perspektywy czasowej, z którym koniecznie trzeba dyskutować, bo przecież bez tego byłby martwy, jak każde inne dzieło literackie pozostawione na „cmentarzysku zapomnianych książek”.

 

„Wojenne kłamstwa” prowokują nas do polemiki już samym tytułem. Celowo czy też nie, autor każe nam skoncentrować się na interpretacji tej właśnie kategorii ludzkiego życia – kłamstwa – w całym epickim kontekście swojej opowieści. Można oczywiście ten proces dochodzenia prawdy o kłamstwie prowadzić na wiele sposobów i wielokierunkowo. Można też wrócić do początkowego założenia, które mówi, iż książka jest „pełna ironii i żalu” i udać się tym tropem w poszukiwaniu sensu ukrytego w tytule.

Louis Begley jest rzeczywiście wytrawnym ironistą. Pokazuje w swych wspomnieniach nazistów jako bardzo przyzwoitych ludzi. To dzięki nim uratował swe życie i to przynajmniej dwukrotnie. Reinhard w miasteczku T. a potem we Lwowie, jakiś przypadkowy wojskowy pracownik kolei niemieckich na dworcu w Warszawie urastają do postaci wręcz pomnikowych, wspaniałych i nadzwyczajnych, jak te opisane w taki właśnie sposób we fragmencie dotyczącym wymarszu ludności cywilnej po upadku Powstania Warszawskiego:

„Ukraińcy ze swoimi psami szli razem z pochodem, podczas gdy Niemcy tkwili nieruchomo na zniszczonych chodnikach niczym zielono czarne posągi”.

 

W istocie mamy nieodparte wrażenie, że Maciek i jego ciotka Tania ukrywają się nie przed Niemcami, ale przed Polakami. To właśnie Polacy donoszą, denuncjują, oszukują i upokarzają. W pewnym momencie nie jesteśmy już pewni, czy to wojna Polaków przeciw Żydom wywołana przez Niemców we wrześniu 1939, czy też może wojna wyłącznie polsko – żydowska z udziałem Niemców jako obserwatorów działań wojennych z ramienia Ligii Narodów.

 

Jest też ironiczny aż do bólu fragment książki dotyczący wymuszonych i pozornych przygotowań Maćka do pierwszej komunii. Cała ta upokarzająca sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, gdyby nie złośliwi Polacy i zacofani, konserwatywni księża katoliccy, którzy nigdy nie zrozumieli tekstu biblii do końca.

Można mieć wrażenie, że kamuflaż religijny był robiony głównie dla Polaków i polskiego kleru – Niemcom i tak przecież było wszystko jedno czy ktoś był Żydem, katolikiem czy protestantem.

 

Ironia tej głębokiej, religijnie określonej traumy zamyka klamrą powojenne losy Maćka, który dla niepoznaki i nieustannego kamuflażu zostaje w nowych, komunistyczno, sowiecko, ubeckich czasach – ministrantem.

 

Jak niezwykle celnie napisał „Wall Street Journal” jest w tej książce obok ironii również mnóstwo żalu. I to chyba właśnie rozżalenie powoduje, że nie da się wykorzenić z powszechnej świadomości, albo raczej nieświadomości skandalicznego przekłamania o „polskich obozach zagłady” jak i wszystkich innych „wojennych kłamstw” Louisa Begley'a.