Kandyd w Ameryce Busha

Jerzy Jarniewicz
2011-10-25, ostatnia aktualizacja 2011-10-25 15:27

Jonathan Franzen
Jonathan Franzen
Fot. Leemage/EAST NEWS

Pochwały na okładkę najnowszej powieści Jonathana Franzena dostarczył sam Barack Obama. Niestety, gwiazdor współczesnej literatury amerykańskiej jest równie prostoduszny jak jego bohaterowie


ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
"Wolność"
Jonathan Franzen
Przeł. Witold Kurylak
Sonia Draga, Katowice


Kiedy w latach 60. kontrkultura w ostatnim porywie utopijnego entuzjazmu próbowała zmienić rzeczywistość społeczną zachodniego świata, jednym z jej głównych wrogów był leżący u podłoża tej rzeczywistości duch, a raczej upiór rywalizacji. Konkurencja i konkurencyjność nie były hasłami, których działanie ograniczało się tylko do sfery gospodarczej. Imperatyw rywalizacji, znany czasem pod postacią wyścigu szczurów, przenikał całość stosunków społecznych, wyznaczając też charakter relacji międzyludzkich. Stała za nim szczególna antropologia - bliźni nie był partnerem, ale przeciwnikiem, którego należało z gry wyeliminować, a przynajmniej wykazać jego niższość. Prowadziło to do upadku poczucia wspólnoty, co znalazło najdobitniejszy wyraz w epokowym odkryciu Margaret Thatcher: "Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo".

Bohaterowie najnowszej powieści Jonathana Franzena "Wolność" to ofiary tego monoteistycznego kultu konkurencji. Ich życie naznaczone jest nieustanną rywalizacją: z rodzicami, rodzeństwem, kochankami, przyjaciółmi, partnerami, sąsiadami. Poddani presji gubią się i kluczą, niszczą bliskich i sami stają na progu autodestrukcji. Ale, co szczególne, Franzen ich nie potępia. Wszyscy, bez wyjątku, zostają przez niego rozgrzeszeni. Bo bez względu na to, jak poważne byłyby ich zdrady i jak głęboko sięgały ich kompromisy, są to postaci w zasadzie dobre. Być może zagubione i nie zawsze najmądrzejsze, ale przecież przyzwoite. Ich zdrady to epizodyczne błędy wynikające raczej ze słabości niż ze złej woli. Mimo krytycznej diagnozy, jaką Franzen stawia społeczeństwu amerykańskiemu, jego przesłanie jest budujące. W tym po części upatruję źródeł bezprecedensowej popularności tej książki w USA.

Spektakl nadziei

Franzen to hołubiona przez media, czołowa postać tradycjonalistycznego zwrotu w najnowszej prozie amerykańskiej. Czerpie pełnymi garściami z poetyki XIX-wiecznej powieści realistycznej, powołując się na takich mistrzów jak Tołstoj, zręcznie natomiast omijając pokusy parodii, groteski, oniryzmu czy metafikcji, jakim ulegliby bardziej niepokorni współcześni pisarze. Świat, którego obraz kreśli w swoim dziele, jest światem dla każdego amerykańskiego czytelnika rozpoznawalnym, osadzonym w swojskich krajobrazach i na tle dobrze pamiętanych wydarzeń niedawnej historii (wojna w Iraku, krach finansowy, prezydentura Obamy). Tu nie ma miejsca na prześwietlanie zasad, na których opiera się nasze codzienne funkcjonowanie w świecie. Franzen buduje szeroką płaszczyznę porozumienia ze swoimi czytelnikami, podpisuje z nimi pakt o nieagresji, dzięki któremu może uchodzić za rzetelnego kronikarza ich codzienności, sprawiając jednocześnie wrażenie, że jest jej nieprzekupnym demaskatorem. Buduje wiarygodność własnego głosu, rezygnując z problematyzowania konwencji, którą się posługuje, i pojęcia rzeczywistości, tak podstawowego dla naszego dobrego samopoczucia. To literatura w założeniach swoich krytyczna, ale w ostatecznej instancji służąca pokrzepieniu serc i utrwalaniu czytelniczych przyzwyczajeń.

Wiem, że recenzent nie powinien zdradzać zakończenia książki. W tym jednak przypadku trudno tego uniknąć - ono bowiem najpełniej ujawnia postawę autora i ostateczną wymowę dzieła. A koniec jest u Franzena spektaklem nadziei. Postaci, które przechodząc przez szereg dramatycznych i bolesnych wydarzeń, oddaliły się od siebie, schodzą się ponownie, dzięki czemu otrzymujemy wzruszającą galerię powrotów: mąż wraca do żony, syn do ojca, człowiek do natury. Przebyta kręta droga dała im jedną lekcję - że w gruncie rzeczy nie była potrzebna. Doświadczenie tylko wzmocniło ich w początkowych wyborach. Nic nie uległo tu przewartościowaniu, punkt dojścia okazał się punktem wyjścia.

Walory wolterowskiego ogródka

Taki scenariusz przypomina mi konserwatywną w wymowie historię filmowego Forresta Gumpa: amerykański Kandyd przechodzi przez kilkadziesiąt wyjątkowo burzliwych lat amerykańskiej historii, spotyka się z anarchistami, hipisami, rewolucjonistami, którzy próbują zmieniać świat. Film Roberta Zemeckisa wszystkich ich kompromituje. Na placu boju pozostawia tytułowego amerykańskiego prostaczka, który świata rewolucjonizować nie próbował, mając mu do powiedzenia jedno wielkie "tak".



U Franzena nie ma wprawdzie ciepłego uśmiechu Forresta, jest natomiast nie mniej ciepła wiara w przyrodzoną przyzwoitość zdolną przezwyciężyć przeciwności losu. Mąż i żona, których rozdzieliły różnice temperamentów i oczekiwań, wracają do siebie, doświadczywszy przygód z innymi partnerami lub długich chwil samotności. Ale wracają także do prostego życia na prowincji ze świata brutalnej i brudnej polityki, skorumpowanych biznesmenów i zdemoralizowanych celebrytów. Wracają, chciałoby się powiedzieć, w swoje ramiona, które okazują się najskuteczniejszą ochroną przed niebezpieczeństwami świata. Jest to także nie do końca zrealizowany, ale wymarzony powrót do idyllicznego domku nad jeziorem, amerykańskiego mitu samowystarczalności, prywatnego azylu na łonie dziewiczej przyrody.

Przezwyciężanie ducha rywalizacji nie prowadzi więc do stworzenia nowej wspólnoty, która byłaby oparta na innych zasadach niż konkurencja, ale do ponownego odkrycia walorów prywatności i pielęgnowania wolterowskiego ogródka. Zgoda, ten powrót nie jest triumfalny, towarzyszy mu gorycz zmarnowanych lat i świadomość zadanych cierpień. Naznacza go rysa tragizmu, bo okazuje się, że docenić świat prostych prawd można dopiero wtedy, gdy zaprzeczy się mu trzykrotnie. Niemniej nie jest to gest kapitulacji czy zgody na kompromis. Ten powrót niesie nadzieję, a jego literacki obraz jest na tyle sprawnie przez autora zmajstrowany, że każe nam zawiesić na moment zmysł krytyczny i kibicować postaciom, które tak dobrze skądinąd znamy - mężczyźnie po przejściach, kobiecie z przeszłością.

Tytuł, który zabija

Franzen nadał swojej powieści zaskakująco pretensjonalny tytuł: "Wolność". Trudno czytać tych 600 stron, zapominając choćby na chwilę, że wisi nad nami to ciężkie, abstrakcyjne słowo. Powieść wymusza na nas, by czytać ją jak egzemplifikację pojęcia. I w dużym stopniu nią jest. Można odnieść wrażenie, że Franzen zadał sobie fundamentalne pytanie o wolność, a następnie budował postaci i sytuacje fabularne mające ją z różnych stron naświetlać, trochę tak, jak swego czasu robili to z ideałami rewolucji francuskiej i dekalogiem Kieślowski oraz Piesiewicz.



Tytułowe słowo odmieniane jest tu przez wszystkie przypadki, żeby czytelnik nie stracił go z pola widzenia. Ale w zderzeniu z gigantomanią tytułu giną subtelnie zarysowane psychologiczne wizerunki. Bo tytuł jest jak walec, który bezlitośnie miażdży co bardziej wyrafinowane fragmenty powieści.

Co prawda wolność Franzena jest mniej uniwersalna niż "wolność, równość i braterstwo". Widać wyraźnie, że pisarz rozgrywa partię z jednym z najświętszych mitów Stanów Zjednoczonych. Do istotnego jego przewartościowania jednak nie dochodzi. Wnioski są dość przewidywalne, a samo pojęcie na tyle pojemne, że nikogo nie dziwi, kiedy okazuje się odsyłać do niepokojących zjawisk, takich jak wyzysk, hipokryzja i cynizm. Wolność może być nadużywana, zdaje się oświadczać Franzen, a przyjęta jako dogmat może prowadzić donikąd. Wiemy, wiemy - mógłby odpowiedzieć czytelnik i odstawić powieść na półkę. Ale powieści Franzena odstawiać nie warto, bo ma dla nas mimo wszystko kilka nieoczywistych pytań.

Franzen - nasz moralista

Wolność, jaką bierze pod lupę Franzen, to wolność rynku i wolność obyczajowa. Zazwyczaj lokują się one na przeciwległych krańcach politycznego spektrum. Prawica, uznając dogmat wolnego rynku, jest jednocześnie nietolerancyjna wobec przejawów wolności obyczajowej. Lewica, wspierająca emancypacyjne ruchy w sferze obyczajowości, z podejrzliwością odnosi się do wolnorynkowego ideału. Franzen chciałby stanąć ponad podziałami, wytykając błędy w myśleniu dostrzegalne u jednej i drugiej strony. Pokazuje na przykład, jak wolność handlu może kłócić się z naszym poczuciem przyzwoitości, a jednocześnie nie naruszać porządku prawnego. Z drugiej strony przekonuje czytelników, że nieskrępowana swoboda obyczajowa, wolna miłość czy związki pozamałżeńskie, podobnie jak narkotyki czy alkohol, prowadzą w ślepą uliczkę. Franzen - nasz moralista.

Ciekawsze jest jednak co innego. Autor "Wolności" nie ukrywa swoich politycznych sympatii, krytykując amerykańską interwencję w Iraku i ekonomiczny wyzysk podbitego kraju. Ale wbrew oczekiwaniom na jego celowniku nie znaleźli się zwolennicy mocarstwowej polityki państwa ani apostołowie różnego rodzaju fundamentalizmów, których przecież w Ameryce nie brakuje, tylko młodzi, sympatyczni w sumie liberałowie - ludzie światli, świadomi zagrożeń, jakie niesie eksploatacja środowiska naturalnego, czuli na kwestie społeczne, rozumiejący potrzebę emancypacji kobiet i mniejszości etnicznych. Można zasadnie powiedzieć, że reprezentują kręgi, do których powieść Franzena jest skierowana.

Liberalni czytelnicy Franzena przekonają się, jak najszlachetniejsze nawet motywy mogą się zdegenerować, a idealiści - zagubić i oddać się służbie instytucjom, którymi do tej pory gardzili. Tak dzieje się z głównym bohaterem, maniakalnym obrońcą środowiska naturalnego - wplątuje się on w działalność proekologiczną, która przynosi zyski przede wszystkim bezwzględnej korporacji. Ekologiczne hasła, jak się okazuje, mogą sprzyjać nie tyle ochronie środowiska, ile kapitałowi.

Jego syn przebywa podobną drogę. Najpierw ucieka z liberalnego domu, a potem zbliża się w poglądach do republikanów, wchodzi w ich środowisko i zaczyna zarabiać miliony w zakrojonej na międzynarodową skalę operacji sprzedaży niesprawnego sprzętu armii amerykańskiej w Iraku. Pytanie, które stawia Franzen, nie dotyczy ekonomicznego podłoża wojen. Brzmi raczej: czy człowiek przed dwudziestką może zostać milionerem? Otóż może i zostaje, bo tak działa wolność w Ameryce. Pisarz nie pozostawia wątpliwości, że coś brzydko pachnie w systemie, w którym młodzieniec na progu dorosłego życia może zarobić w ciągu kilku miesięcy tyle, ile inni nie zarobią przez dziesięciolecia.

U Franzena ojciec i syn w końcu przeglądają na oczy. Rezygnują z podejrzanej kariery, gaszą w sobie żądzę władzy i szybkiego pieniądza, wracają do żon. Szczególny to obraz Ameryki - system, choć do cna skorumpowany, nikogo tu nie niszczy, wszystkie kręte ścieżki da się wyprostować, cynicznej grze biznesu i polityki można się oprzeć, żyjąc od nich z daleka, najlepiej na łonie przyrody. Przypadek rasizmu, a jakże, jest tu opisany, ale to marginalny incydent. Można wprawdzie zbić niebotyczny kapitał na podejrzanych operacjach, ale można też przecież pozostać uczciwym.

Obama: Franzen jest wielki

Problem z najnowszą powieścią Franzena polega na tym, że jest napisana na pół gwizdka. O ile refleksje nad wolnością trącą dydaktyzmem, o tyle rozprawa z upiorem konkurencyjności ma dużo więcej trafień. Powieść utrwala założenia amerykańskiej wizji świata w jej wersji liberalnej, ale też od czasu do czasu coś Amerykanom wygarnia. Koi nadzieją, zżyma się na cyników i szydzi z naiwniaków, którzy dają się im wykorzystywać. Otrzymujemy dziwny mariaż, próbę pisania pod włos dominującym w tej społeczności tendencjom pożenioną z wpisywaniem się autora w jeden zdroworozsądkowy chór.

Na okładce powieści wydawca postanowił zacytować Baracka Obamę, występującego w nietypowej dla siebie roli krytyka literackiego. Prezydent USA orzekł, że powieść Franzena jest "kapitalna". Przy jakiejś innej okazji warto by się zastanowić nad wymową takiej, płynącej z samej góry rekomendacji. Mnie skojarzyła się ona z innym prezydentem, który w zeszłym miesiącu na spotkaniu na Uniwersytecie Jagiellońskim powtarzał tłumnie zebranym przedstawicielom polskiej nauki, pamiętającym jeszcze, że przysięgali pracować "nie dla brudnych zysków ani dla czczej sławy", mantrę naszego neoliberalizmu: "Konkurencja, konkurencyjność". Być może z tego choćby powodu warto i u nas sięgnąć po "Wolność".

Źródło: Gazeta Wyborcza


Więcej... http://wyborcza.pl/1,75475,10528542,Kandyd_w_Ameryce_Busha.html#ixzz1gNalhtvN