KOREKTY WOLNOŚCI

 

 

Po co pisze się takie potężne, ponad sześciuset stronicowe powieści, jak robi to Jonatha Franzen, obwołany amerykańskim Tołstojem, Tomaszem Mannem i Balzakiem w jednym? Czy nie wystarczy nam Jeffrey Eugenides i jego wspaniały „Middlesex” z cudownym opisem płonącej Smyrny i perwersyjnym wątkiem kazirodczej miłości, z której rodzi się hermafrodytyczny główny bohater?

Najwidoczniej nie, gdyż powodzenie książek Franzena pokazuje, trudną jakkolwiek do zrozumienia w kontekście współczesnej tendencji do skrótowej wiadomości obrazkowej, tęsknotę do wielkiej sagi, epopei czy powieści rzeki, która by swoim nurtem objęła i opowiedziała to wszystko, czego jesteśmy świadkami i znalazła do tegoż klucz interpretacyjny. 

 

W „Korektach” Jonathan Franzen skazuje swoich bohaterów na nieustanne „poprawianie” siebie i innych. Wszystkie postaci powieści albo dokonują, albo chcą dokonać zasadniczych korekt w  każdej praktycznie dziedzinie swego życia i swej aktywności. Praca, dom, rodzina, związki intymne, kariera, dzieci – w zasadzie wszystko nadaje się do mniejszej lub większej poprawki. Enid chce naprawiać rodzinę i zmieniać obraz swego domu i małżeństwa w oczach bliskich i sąsiadów, jej mąż Alfred chce ustawić i regulować cały świat na wzór kolei dla których pracuje. Ich dzieci Gary, Denise i Chip muszą nieustannie korygować swe dorosłe decyzje, bo jakimś dziwnym trafem bardzo rzadko przynoszą one oczekiwany czy zakładany skutek. Są w swych działaniach skazani na ciągłe dokonywanie wyborów pomiędzy tym, czego życzyliby sobie inni, w tym w szczególności matka, ale też znajomi i rodzina, a tym, co im samym wydaje się ważne, czy zasadnicze dla ich własnego samospełnienia. Te wybory są często tragikomiczne, jak w wypadku Chipa – dramatopisarza, czy Denise – kochanki, ale też wstrząsające jak, świadomy czy nie, skok do oceanu chorego już na zaniki pamięci Alfreda.

Wszystko to w oparach niesamowitej koniunktury czasów Billa Clintona, w których to pieniądze mnożyły się same i wydawało się, że już tylko ich wydawanie będzie naszym zmartwieniem. Może dlatego też bieżące wydarzenia polityczne nie są w powieści znaczące, a cała akcja koncentruje się na budowaniu świetnych obrazów psychologicznych postaci uwikłanych w nieskończoną liczbę przedziwnych często sytuacji i wydarzeń, jak choćby ta z narkotykami branymi przez Enid w trakcie wymarzonego rejsu statkiem wycieczkowym.

 

Jak wiadomo, każdy wybór pociąga za sobą konsekwencje, za które musimy albo przynajmniej powinniśmy ponosić odpowiedzialność. Na tym stosunkowo prostym założeniu opiera się cały koncept wolności i o tym w gruncie rzeczy traktuje kolejna powieść Jonathana Franzena zatytułowana właśnie „Wolność”, która zresztą zniewala czytelnika ciężarem tej kategorii, która jakkolwiek niedefiniowalna i wymykająca się jednoznacznym definicjom, decyduje jak mało co o sensie naszego istnienia. Chcąc czy nie musimy brać pod uwagę przy opisie postaci czy interpretacji innych elementów świata przedstawionego ten właśnie „wolnościowy” ich wymiar.

 

Podobnie jak w „Korektach”, znowu mamy do czynienia z dysfunkcyjną i momentami toksyczną rodziną amerykańską, której członkowie są uwikłani w skomplikowane relacje wzajemne i wydarzenia istotne dla ery dwu Bushów i początków wielkiego kryzysu. Ten właśnie kontekst historyczny i polityczny sprawia, że „Wolność” w przeciwieństwie do „Korekt” kreśli dosyć szczegółową panoramę ważnych wydarzeń tego czasu (wojna w Iraku, zamachy 11 września, militarne i korporacyjne przekręty korupcyjne, ochrona środowiska, walka z przeludnieniem , itd.)  kosztem tego, co stanowi o głębi postaci, które w istocie ilustrują  bardziej niż interpretują pokazane w powieści problemy.

 

O czym jest „Wolność”: „Patty i Walter poznają się na studiach. Walter jest nieśmiałym studentem, idealistą z głową pełną pomysłów i marzeń. Przed Patty – wschodzącą gwiazdą koszykówki – rysuje się świetlana sportowa kariera. Pobierają się po skończeniu szkoły. Kupują uroczy domek z epoki wiktoriańskiej i na stałe osiedlają się w małym miasteczku St. Paul. Wkrótce na świat przychodzą ich dzieci.
Mija kilkanaście lat. Walter, niegdyś bardziej zielony niż Greenpeace, pracuje dla przemysłu węglowego. Patty z wiecznie uśmiechniętej matki, żony i sąsiadki powoli zmienia się w kobietę głęboko rozgoryczoną życiem, targaną tęsknotą za innym mężczyzną . Ich syn Joey wyprowadza się do sąsiadów. Córka Jessica bezowocnie poszukuje prawdziwej miłości.”

Później jeszcze trochę komplikacji z synem i kochanką ojca, z którą łączy go pasja ratowania ginących gatunków ptaków oraz historia jego najlepszego przyjaciela, który jest jednocześnie skrywanym obiektem miłości jego żony.

Nic nie działa, wszystko się sypie, bohaterowie są skazani na wolność, ale nie potrafią z niej korzystać, a  ich wybory są naznaczone niezrozumiałym fatum (śmierć pięknej Latithy, związek z Richardem Katzem, itd.)

Mogłoby się wydawać, że tytułowa „wolność” wymaga zdecydowanych korekt, by mogła przynosić istotnie ważne, zasadnicze zmiany i budować relacje międzyludzkie oparte na odpowiedzialności. Mogłoby się tak wydawać, gdyby nie hollywoodzkie zakończenie powieści, które znakomicie zinterpretował Jerzy Jarniewicz w artykule „Kandyd w Ameryce”:

 

„Bohaterowie najnowszej powieści Jonathana Franzena "Wolność" to ofiary tego monoteistycznego kultu konkurencji. Ich życie naznaczone jest nieustanną rywalizacją: z rodzicami, rodzeństwem, kochankami, przyjaciółmi, partnerami, sąsiadami. Poddani presji gubią się i kluczą, niszczą bliskich i sami stają na progu autodestrukcji. Ale, co szczególne, Franzen ich nie potępia. Wszyscy, bez wyjątku, zostają przez niego rozgrzeszeni. Bo bez względu na to, jak poważne byłyby ich zdrady i jak głęboko sięgały ich kompromisy, są to postaci w zasadzie dobre. Być może zagubione i nie zawsze najmądrzejsze, ale przecież przyzwoite. Ich zdrady to epizodyczne błędy wynikające raczej ze słabości niż ze złej woli. Mimo krytycznej diagnozy, jaką Franzen stawia społeczeństwu amerykańskiemu, jego przesłanie jest budujące. W tym po części upatruję źródeł bezprecedensowej popularności tej książki w USA.”

 

Wolność u Franzena nie wymaga korekt, może dlatego, że jest sportretowana po amerykańsku, bez względu na to, czego doświadczamy tu i teraz, w duchu leibnizowskiego przekonania, że i tak żyjemy w najlepszym z możliwych światów.