"Są ludzie, którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości"

 

Adam Krzemiński dawno temu, bo w 2004 roku pisał w Polityce o czwórkowym schemacie autorskim w amerykańskiej powieści:

„Wielcy pisarze amerykańscy chadzają czwórkami. Faulkner, Hemingway, Caldwell i Steinbeck w latach pięćdziesiątych.

Pynchon, Updike, DeLillo, Gaddis w siedemdziesiątych.

A teraz – jak twierdzi krytyka – postpostmoderniści: Jonathan Franzen, Jeffrey Eugenides, David Foster Wallace, Richard Powers. [...]”

Nie jestem pewien, czy termin post-post-moderniści jest odpowiedni i czy do końca rozumiem intencje autora, bo dodatkowe „post” wydaje się ukierunkowywać prozę ostatniej czwórki amerykańskich prozaików w stronę wykraczającą poza tradycyjną definicję ponowoczesności. Nie badałem pod tym kontem trójki: Franzen-Foster-Wallace, natomiast Eugenides prezentuje w swej najnowszej powieści „Intryga małżeńska” wszystkie cechy klasycznego tekstu post-modernistycznego (z jednym –post) niczym sam klasyk tego nurtu Umberto Eco.

Bez względu na definicyjne niejasności faktem pozostaje, że powieści zarówno Franzena jak i Eugenidesa, Wallace’a i Powersa są niebywałym wręcz i niezwykle atrakcyjnym dla czytelnika zwrotem w stronę tradycyjnej, realistycznej powieści z przełomu XIX i XX, gdy królował Prus, Tołstoj, Zola, Orzeszkowa czy Balzac.   

Dariusz Nowacki pisze o tych „płynnościach” terminologicznych w artykule „Jeffrey Eugenides. I ty zostaniesz wiktorianistą”:

 Trudno o obojętność wobec tego, co od przeszło dekady proponują amerykańscy neorealiści, zwani niekiedy postmodernistami (Eugenides to obok Jonathana Franzena największa znakomitość tego nurtu). Sam pomysł, żeby w XXI w. pisać jeśli nie w stylu, to w duchu prozy Jane Austen i sióstr Brontë, wydaje się ze wszech miar ekscytujący. W "Intrydze małżeńskiej" - jeśli wolno tak powiedzieć - Eugenides poszedł na całość. Jego bohaterka w pewnym momencie dzwoni do ojca, żeby mu oznajmić, że wreszcie się zdecydowała, kim chce być. "Wiktorianistką!" - krzyczy do słuchawki. Wolno podejrzewać, że pisarz żywi podobne pragnienie”.

O Franzenie i Eugenidesie pisałem już parokrotnie, bo szczęśliwym trafem mamy ich wydanych po polsku prawie kompletnie, a teraz ukazała się kolejna powieść autora Middlesexu, wspomniana „Intryga małżeńska”, która zaczyna się dość wstrząsającym mottem z Rochefoucauld’a:

„Są ludzie, którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości”.

Cytat ten zakłada jednocześnie, czy jak kto woli implikuje, że są równocześnie osobniki zakochane bez względu na fakt, czy o miłości słyszeli, czy nie. Jest to o tyle pocieszające, że bez tych ostatnich musielibyśmy jedynie określać miłość popędem, a to by kompletnie wykluczyło z istnienia ogromne obszary literatury, a poezji w szczególności – nie byłoby zauroczenia, byłoby pożądanie, nie byłoby miłości, byłby tylko seks i prokreacja.

Chwała zatem takim prozaikom jak Jeffrey Eugenides, który swą ostatnią powieścią pozwala nam na nowo wierzyć, że „zakochanie” jest dla niektórych pewnym stanem „powiedzenia” komuś o czymś, czy jak kto woli uświadomienia komuś czegoś, a nie tylko spółkowaniem. Jest więc efektem interakcji komunikacyjnej, wynikiem kulturowego wprowadzenia w kontekst zachowań, sytuacji i działań, które nadają sens albo po porostu nazywają pewne uczucia i wynikające z nich działania stanem zakochania, miłością, zauroczeniem, namiętnością czy oczarowaniem – nadają sens mówieniu i pisaniu o nich, tak jak było to istotą powieści wiktoriańskiej.

Ten termin zresztą wydaje się być jednym z kluczy do zrozumienia sposobu ukształtowania świata przedstawionego w tej powieści. Znakomicie poprowadzona, bardzo tradycyjnie skonstruowana narracja, trójka bohaterów splątana wzajemnymi uczuciami i namiętnościami, szczegółowo i realistycznie pokazana rzeczywistość lat osiemdziesiątych XX wieku, pełen często skrajnych emocji świat uczuć i „odmiennych stanów świadomości” to tylko niektóre z elementów wpisujących „Intrygę” w kontekst literatury, dla której wszystko jest cytatem, powrotem, przetworzeniem, przepracowaniem, wykorzystaniem tego co już było, a ponieważ wszystko już było, trzeba to na nowo odczytać, na nowo zrozumieć i Eugenides robi to fenomenalnie, sam zresztą konkludując pewne wątki i motywy ze swej powieści w jednym z wywiadów:

Wojciech Orliński: Z przekory wobec panującej na uniwersytecie mody pańska bohaterka czyta klasyczne powieści i chce pisać licencjat o intrydze małżeńskiej, m.in. u Jane Austen i Tołstoja. Miłość zmieniła się od tamtych czasów?

Jeffrey Eugenides: Zmieniło się małżeństwo. Świadczy o tym choćby liczba rozwodów. Fabułę "Anny Kareniny" trudno przetłumaczyć na dzisiejsze realia. U Tołstoja bohaterka traci dom, traci prawo do kontaktu z synem, podlega tak daleko idącemu ostracyzmowi, że musi wyemigrować. To już nie jest kwestia różnicy w technologii, to naprawdę inna sytuacja, waga rozwodu. Dziś standardowym rozwiązaniem byłaby wspólna opieka nad dziećmi, podział majątku. Rozwód nie groziłby jej ruiną, "Anna Karenina" nie skończyłaby się samobójstwem. Anna wywalczyłaby niezłe alimenty, kto wie, może nawet doprowadziłaby męża do finansowej ruiny. A on, chciałby czy nie, co drugi weekend musiałby spędzać z synem.

Mogę sobie doskonale wyobrazić realistyczną powieść współczesną, w której rozwodnik się zabija.

- Ale jej fabuła będzie zupełnie inna niż "Anny Kareniny". Gdy sam się zastanawiałem nad różnicami między "intrygą małżeńską" w XIX w. i dziś, doszedłem do wniosku, że dwie najważniejsze różnice to właśnie rola kobiety i podejście do małżeństwa. W klasycznych "intrygach małżeńskich", np. u Jane Austen, cała uwaga czytelnika skupia się wokół pytania: za kogo wyjdzie główna bohaterka? Tak jakby
kobieta w ogóle nie mogła sobie wyznaczyć innego celu w życiu. Od tego, kogo poślubi, ma zależeć wszystko. Te powieści kończą się ślubem. Nic, co się wydarzyło po nim, nie jest wystarczająco istotne, żeby autor nas o tym poinformował.

To nie jest sytuacja współczesnej kobiety. Dla Madeleine pytanie, kogo poślubi (jeśli w ogóle), jest tylko jednym z wielu, które sobie zadaje, wchodząc w dorosłość. Współczesny pisarz musi inaczej konstruować "intrygę małżeńską". Nie może powiedzieć czytelnikom: "A teraz wam opowiem historię pewnej kobiety", i zakończyć ją ślubem.

Dziś małżeństwo jest wciąż czymś ważnym, ale nie odczuwamy już takiej presji ze strony religii czy społeczeństwa. Zawieramy związek małżeński, bo chcemy, a nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusza. Ale - i tu dochodzimy do paradoksu - chcemy w dużym stopniu dlatego, że mamy pewne wyobrażenia o miłości, zaczerpnięte między innymi z XIX-nych powieści. Dlatego motto książki brzmi: "Są ludzie, którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości". Miłość to konstrukt społeczny, który jednak ma bardzo głębokie konsekwencje.

Moi bohaterowie na początku mają błędne wyobrażenie tego, jak powinna wyglądać osoba, z którą chcieliby się związać. Dlatego zakochują się w niewłaściwych ludziach. Pod koniec, cóż, niekoniecznie są szczęśliwsi, ale przynajmniej trochę mądrzejsi. U Austen cały problem sprowadzał się do znalezienia właściwej osoby. Tymczasem to jest dopiero początek problemu”. [za: Gazeta Wyborcza, 20 lutego, 2013]

Jest więc najnowsza książka Eugenidesa opowieścią o kulturowym dialogu konstytuującym miłość, dialogu literatury, religii, filozofii, nauk ścisłych, teorii literatury, socjologii, historii literatury, polityki, medycyny i wielu innych jeszcze elementów składających się na współczesną wersję wiktoriańskiej historii o miłości. Jest to jednocześnie znacząco jednak odmienna od tej z końca XIX wieku opowieść o relacjach damsko męskich, bo przecież instytucja małżeństwa w roku 1982 ma inne znaczenie i inny wymiar, choćby prawny, dla obu płci niż to miało miejsce w czasach sióstr Brontë czy Jane Austen.

Nie zmienił się jakkolwiek nigdy i prawdopodobnie nie zmieni szybko, jeśli w ogóle, „szalony” aspekt zakochania, ta nieracjonalna i obezwładniająca namiętność i zauroczenie, które determinuje wybory ludzkie i sprawia, że literatura nigdy nie zostanie pozbawiona tematów eksplorujących „nieznośną lekkość” pławienia się w miłości, tutaj dodatkowo wzbogaconego dekonstrukcją tego stanu emocjonalnego, który w dosłownym tego słowa znaczeniu obezwładnij Leonarda, a oszołomioną siłą i irracjonalnością strukturalną tego uczucia Madeleine skazał na Derridę. Malwina Sławińska napisała w omówieniu tej książki, iż:

„Dzięki […] zajęciom z semiotyki – nauki, która nijak nie przystaje do zainteresowań Madeleine, dziewczyna odkrywa Rolanda Barthesa i jego „Fragmenty dyskursu miłosnego”. Obecność Barthesa na kartach „Intrygi …” jest nie do przecenienia. Wątek z dekonstrukcją stanu zakochania, jakiej podejmuje się Madeleine, twierdząc, że Barthes pisze właśnie o niej i jej uczuciu do Leonarda, zaważy tak naprawdę na losach bohaterów. Cytując Barthesa, Leonard odpowie na jej pierwsze wyznanie miłości: Po pierwszym wyznaniu kolejne »kocham cię« nie znaczy już nic. Wyobrażenie miłości w stylu Jane Austen legnie zatem w gruzach. Sednem książki nie jest jednak bynajmniej to, z kim ostatecznie zwiąże się Maddy. Ważniejsze są rozterki, wewnętrzne rozdarcia bohaterów, dylematy - kim chcą być, co robić, jaką drogę dalszej kariery wybrać”.

Nie jestem pewien, czy akurat ten aspekt powieści jest jej sednem, biorąc pod uwagę analizę tekstu dokonaną przez Dariusza Nowackiego w cytowanym już uprzednio artykule. Otóż autor twierdzi, że:

I to właśnie wydaje mi się w "Intrydze małżeńskiej" najciekawsze - nie perypetie miłosne, z całym zapleczem psychologicznym i ciekawym tłem społeczno-obyczajowym (Ameryka na początku ery Reagana), lecz fundamentalna kwestia: czy powieść, podczas lektury której bohaterowie wydają nam się bardziej realni niż otaczająca nas rzeczywistość, jest jeszcze możliwa? I czy wiktorianiści tacy jak Jeffrey Eugenides zawracają kijem Wisłę, czy też XXI wiek będzie należał do nich? Czas pokaże”.

Tak czy owak, to „pławienie się w miłości” ma różne oblicza i nieskończoną ilość wersji. U Eugenidesa troje bohaterów wplątanych we wzajemne relacje i uczucia jest szczególnie „barwnie” i emocjonująco poprowadzonych poprzez wydarzenia, miejsca i sytuacje, które budują fantastyczny obraz „fatalnego zauroczenia”.

Madeleine – świetnie zapowiadająca się „wiktorianistka”, w której jest zakochany Mitchell – erudyta i wybitny intelektualista oraz Leonard – nadzwyczajnie zdolny naukowiec cierpiący na depresję, w którym z kolei do szaleństwa jest zakochana Madeleine; to postaci, poprzez które autor buduje skomplikowany i wielopoziomowy model kulturowego interpretowania i analizowania miłości, jako kategorii, która determinuje wszystko i wszystkich w świeci jego powieści: miłość w kontekście choroby psychicznej (Leonard), w aspekcie religijnego poświęcenia (Matka Teresa z Kalkuty), mistycznego doświadczenia boskości (Mitchell i jego lektury), niespełnienia, zauroczenia i fascynacji (Mitchell).

Ta wielowarstwowe przenikanie różnych kontekstów w kulturze świata i wzajemne oddziaływanie, często niewidoczne wprost albo trudne do natychmiastowego wykrycia dotyczy zresztą nie tylko kategorii „miłości”, co znakomicie pokazuje niewielki fragment powieści, ilustrujący dosłownie ten fascynujący proceder literacki, który uprawia Eugenides:

„ – Gandhi był pod wpływem Tołstoja.

-Co?

-Gandhi swoją filozofię niestosowania przemocy zaczerpnął od Tołstoja. Korespondowali ze sobą.

-Tołstoj nie żył w dziewiętnastym wieku?

-Zmarł w 1910. Gandhi był jego wielbicielem i pisał do niego listy. Nazywał Tołstoja swym wielkim nauczycielem. Masz rację. Martin Luther King przejął koncepcję niestosowania przemocy od Gandhiego. Ale Gandhi wziął ją od Tostoja, który z kolei zaczerpnął ją z chrześcijaństwa. Tak więc filozofia Gandhiego nie różni się tak naprawdę od chrześcijańskiego pacyfizmu.

-Chcesz powiedzieć, że Gandhi był chrześcijaninem?

-W gruncie rzeczy tak.” (Intryga…s.319/320)

Jak widać z tego niewielkiego cytatu, nic w powieści nie jest odizolowane, osobne i jedyne. Wszystko jest skontekstualizowane, pozostające w zależnościach i relacjach, pomiędzy którymi buduje się znaczenie i sensy.

Tołstoj , Gandhi, mistycy chrześcijańscy, święty Augustyn, Tomasz a Kempis, święta Teresa z  Avila, matka Teresa z Kalkuty, Derrida, Jane Austen, Hemingway i wiele innych (prawie wszyscy wymieni są na stronach 176 i 250) wielkich postaci zostało wpisanych w ten niezwykły dyskurs Eugenidesa o miłości, który jednocześnie jest skonstruowany jak tradycyjna powieść europejska z przełomu XIX i XX wieku, gdzie czas i przestrzeń podlegają zasadom przyczyny i skutku, a bohaterowie podążają od punktu a do punktu b bez jakichkolwiek niespodzianek, które wprawiałyby czytelnika w stupor poznawczy i zagubienie.

Jak mówi autor we wspomnianym już wyżej wywiadzie;

Dziś małżeństwo jest wciąż czymś ważnym, ale nie odczuwamy już takiej presji ze strony religii czy społeczeństwa. Zawieramy związek małżeński, bo chcemy, a nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusza. Ale - i tu dochodzimy do paradoksu - chcemy w dużym stopniu dlatego, że mamy pewne wyobrażenia o miłości, zaczerpnięte między innymi z XIX-nych powieści. Dlatego motto książki brzmi: "Są ludzie, którzy nigdy by nie byli zakochani, gdyby nie słyszeli o miłości". Miłość to konstrukt społeczny, który jednak ma bardzo głębokie konsekwencje.

Moi bohaterowie na początku mają błędne wyobrażenie tego, jak powinna wyglądać osoba, z którą chcieliby się związać. Dlatego zakochują się w niewłaściwych ludziach. Pod koniec, cóż, niekoniecznie są szczęśliwsi, ale przynajmniej trochę mądrzejsi. U Austen cały problem sprowadzał się do znalezienia właściwej osoby. Tymczasem to jest dopiero początek problemu”.

--------------------------------------------

Intryga małżeńska, Jeffrey Eugenides Znak 2013, s.496, ISBN 978-83-240-2120-8